Czy leci z nami pilot?

Ci od konusa zajęli przód. Wilkołacy tył. Konus siedział przy samym wyjściu. Twierdził, że w razie czego (odpukać) będzie miał blisko.

Samolot był stary. Bardzo stary. Na dodatek rosyjska konstrukcja. Ledwo wystartował. Skrzypiał, zgrzytał, trząsł. Widać było, że lot sprawia mu wielki wysiłek. Co pewien przemykał usmarowany mechanik z wielkim francuzem. Niczym szewc, klnął na podwozie, które nie chciało się schować.

Wpadli w turbulencje. Konusi zaintonowali „Boże, coś Polskę”. Ktoś zaczął klepać różaniec. Konus trzymał kurczowo sikbaga. Był zielony na twarzy, ze strachem w oczach patrzył w okno.

Ci z tyłu raczyli się whiskey. Było im coraz weselej. Podrywali stewardesy, które uciekały z piskiem. Wiadomo libertyni. Zaczęli śpiewać sprośne piosenki. Sikorek udawał niemieckiego geja. Wkurzało to niesamowicie konusa. Wyraźnie szukali zaczepki z tymi z przodu.

Nagle samolot ostro przechylił się na bok i zanurkował. Wilkołak wyszarpnał ukryty w schowku na bagaż spadochron i pomachał nim demonstracyjnie w stronę Konusa. Ten zbladł niczym ściana.

– Czy leci z nami pilot? – wybełkotał Sławciu, prawa ręka Wilkołaka.

3 myśli nt. „Czy leci z nami pilot?

  1. qadam

    obśmiałem się z Twojego tekstu,ale, qurwa,te idiotyzmy w wykonaniu dementa i cieniasa nie są już śmieszne…
    bezpośrednio groża mnie i mojej rodzinie.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.