Prowincjusz w stolicy

Warszawa – „kocham” to miasto. Cudzysłów użyty z premedytacją. Ono o tym wie i robi wszystko wszystko, aby nasz związek pogłębić. Kiedy tu jestem, zawsze się coś dzieje. Dlatego robię wszystko aby związek pielęgnować na odległość. Niestety brat warszawiak żeni się dziś.

Pociąg wlecze się pięć i półgodziny. Można zwiędnąć, przysłuchując nawijce dziadka weterana. Starszy pan na szczęście lekko wypity (imprezka w zaimprowizowanym naprędce, przedział obok, klubie seniora) szybko odpadł. Chrapaniem wyginał szyby.

To świetny pomysł. Stopniowo opóźniać pociągi. Niech postoją w polu, albo nawet na stacjach. Dla niepoznaki rzucić paru gości w pomarańczowych kamizelkach na tory, z łopatami. Po roku, dwóch przywrócić normalny rozkład. Podróżni będą zachwyceni, że pociąg jedzie cztery godziny a nie sześć.

Wczoraj żona zadała kluczowe pytanie: mała czy duża walizka, kochanie? W małej będzie ciasno, a duża będzie prawie pusta. Odpowiedziałem duża i to był błąd.

Nie wiem co do niej załadowała (tylko trzy dni poza domem) ale waży 132 kg. Jestem strongman ale bez przesady. No dodatek żona wymyśliła, iż syn prowincjusz powinien zobaczyć metro. Rodzinie i znajomym, który chcieli nas odebrać z centralnego, taktownie odmówiła.

Warszawa zaatakowała.

Pierwszą konkurencją było wydostanie się z kilometrowych tunelów pod dworcem. Schody ruchome zostały na mój przyjazd wyłączone. Ktoś zdjął wszystkie kierunkowskazy. Podstawiono osoby wyglądające na tubylców (kioskarka, pani z budki z pieczywem) które nie miały zielonego pojęcia w którą stronę do metra, albo z premedytacją pokazywały kierunek przeciwny.

Poszliśmy w stronę światła i orientując się wg. pałacu kultury (zapomniano zasłonić albo zdemontować) zaczęliśmy posuwać się w stronę rotundy (nikt nie wysadził). Dałem radę kostce brukowej, którą położono w miejsce asfaltu.

Metro.

Odpowiednio spreparowana bramka wbiła się zębami w mój czemadan. Ani w przód ani w tył. Złorzeczący tubylcy psioczyli coś o burakach z prowincji. Na ruchomych schodach podobno nie zastosowałem się do zasady „przejście z lewej”. Gościowi, który usiłował po mnie przejść, powiedziałem, iż nie warto się tak śpieszyć, trzeba smakować życie, slowlife. Spojrzał z miną zaszczutego szczura.

Wagon zapchany po dach. Wcisnąłem moją walizę. Rzucało w przód i w tył, w rytm komunikatów podawanych przez znanego lektora. Sklonowali go?

Stacja końcowa Kabaty. Odmówiłem udania się do windy dla matek z wózkami i niepełnosprawnych. Trzeba być twardym jak Roman Bratny. Po niebotycznych schodach, sapiąc niczym parowóz, wtargałem walizę. Z wprawą ciężarowca, wyrwałem ponad głowę i niczym murzynka z Afryki, pokonałem bezpiecznie bramkę.

Spocony jak mysz dobiłem do mety. Radosne powitanie, obfitość pokarmu. Wygodne łóżko. Co przyniesie nowy dzień? Liczę na taryfę ulgową bo… kończę dzisiaj czterdzieści jeden lat :-)

21 myśli nt. „Prowincjusz w stolicy

  1. Marek Barański

    No to najlepsze życzenia!

    PS. Ale za zajmowanie lewej strony schodów, to Cię nie pochwalę ;) Poza tym – to u nas nie ma ruchomych schodów, żeby przed wyjazdem potrenować? ;)

    Odpowiedz
  2. Azrael

    Opisałeś to jak wyprawę Indiany Jonesa…

    Najlepsze życzenia i pozdrowienia (również dla uroczej małżonki i rodziców)

    Odpowiedz
  3. Kobieta z lekką dłonią

    Jesteś w kwiecie wieku! :-)
    Wytrwałości w następnej czterdziestce! :-)

    Odpowiedz
  4. jiima

    @Fraglesi

    Hej, buraku z prowincji, wszystkiego najlepszego i długiego życia :). A co do metra, trzeba było latorośli pokazać je z galerii handlowej a potem podwieźć się z rodziną… Wygodniej i sympatyczniej, zwłaszcza gdy ciągnąłeś ze sobą stukilowego potwora na kółkach…

    BTW, ja, burak z Pragi Południe też nie stosuje zasady „lewej wolnej”, jakoś nie potrafię zrozumieć buraków z innych części miasta którzy muszą gonić aktualnie odjeżdżający pociąg i nie mogą zaczekać na następny, z reguły luźniejszy (bo wszyscy wepchnęli się w poprzendni).
    BTW – następny jest 3 min później i na ogół się to sprawdza…

    A co do wleczenia walizy komunikacją miejską, to sam chciałeś, sam się broń… :P

    Odpowiedz
  5. sad.a.5

    20 lat temu, po skazaniu mnie na banicje, opuscilam moje miasto, Warszawe. Od pewnego czasu wpuszcza mnie nowy ustroj do Polski – wrazenia z pobytu w Metropolis mam podobne do Twoich, Fraglesi. Pozdrawiam z prowincji europejskiej, z Amsterdamu, wspolczujac miastu, ktore jest chore i zmeczone, ale jest to nadal moje miasto dziecinstwa i mlodosci.Co bys zrobil, gdyby tak Twoje miasto zdewastowali faszysci, stalinisci i wspolczesni mlodzi kapitalisci?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.