Nadkomisarz Gerhard Hein — sceny 15 i 16
11 marca 1930, wtorek, godzina 16:05, Prezydium Policji.
Ktoś zastukał do drzwi. Komisarz kryminalny Oskar Riele zatrzymał magnetofon. Od godziny wsłuchiwał się w nagranie z mikrofonu ukrytego w gabinecie Heina. Sprzęt nie był pierwszej młodości, w dodatku drut na którym zostało ono zapisane wykazywał poważne oznaki zużycia. To co dobywało się z głośnika brzmiało znacznie gorzej niż nagrana przez T.A.Edinsona fraza „Mary miała małą owieczkę”.
– Na jakim gównie musimy pracować – zaklął pod nosem policjant i rzucił w stronę drzwi — Wejść!
W drzwiach pojawiła się masywna sylwetka asystenta kryminalnego Wolfa, prawej ręki Rielego.
Gość ciężko opadł na krzesło, które zaprotestowało pod jego ciężarem. Bez zaproszenia poczęstował się papierosem z paczki leżącej przed szefem.
- Muzyki szef słucha? — zaśmiał się chrapliwie Wolf wskazując na zajmujący pół biurka magnetofon drutowy. Jego twarz przez moment skryła się w chmurze papierosowego dymu.
– Do rzeczy Wolf – Riele spojrzał w pokrytą bliznami twarz podwładnego.
– Schultz od rana snuł się po knajpach w Neufahrwasser. Za bardzo się nie wysilał. Gadał z oberami, chlał piwo, zaczepiał kurwy.
– Ciągnie wilka do lasu – zaśmiał się Riele. Wolf zawtórował mu.
– Zaś młody, ten, no jak mu tam… Ogórek?
– Gurke – skorygował Riele, patrząc z lekką dezaprobatą na asystenta.
Wolf znany był ze słabej pamięci do nazwisk, a głównie z braku lotności umysłowej. Na szczęście miał inne atuty, wielce przekonujące, zwłaszcza gdy wyposażone w kastet z zatrważającą prędkością spotykały się z szczęką przesłuchiwanego działacza związku lub pyskatego dokera.
- Tak, Gurke oblazł wszystkie chałupy, a na koniec trafił do lekarza na Schleusenstrasse 31. Zaraz miałem tu gdzieś zapisane jak się nazywa. — Wolf zaczął grzebać w kieszeniach.
– Notes, Wolf, notes! — skarcił Riele. — Ile razy mam powtarzać?
– Taa, szefie – mruknął podwładny, i wyjął niemiłosiernie wymiętoloną kartkę. Położył ją na stole i wyprostował dłonią.
– Martin Dütschke – przeczytał z trudem.
– No proszę, sam pan Dütschke — Brwi komisarza uniosły się.
– Szef go zna? — Wolf spojrzał bacznie na szefa.
– Tak, ale to nie twoja sprawa.
– No więc lekarza nie było – kontynuował Wolf. — Młody gadał z portierem. Pokazał mu zdjęcie, i po chwili pognał do telefonu. Po czym wsiadł w ósemkę i wrócił do budy.
Wolf i inni niżsi rangą policjanci określali gmach Prezydium Policji budą, a siebie psami.
– Nie przyuważył was? – spytał Riele.
– No skądże! Ależ szefie! – Wolf zaperzył się. — Portierowi sprzedałem historyjkę o chorej ciotce.
– Dobra robota Wolf. Teraz znajdź mi Gurkego i przyprowadź go, ale dyskretnie, bez żadnego mordobicia, zrozumiałeś?
– Będę grzeczny jak baranek – zarechotał Wolf i ruszył w stronę wyjścia.
11 marca 1930, wtorek, godzina 17:20, Schleusenstrasse 31, Neufahrwasser
Martin Dütschke nigdy nie chciał zostać lekarzem. Zawsze marzyła mu się kariera wojskowego. Uważał, że w mundurze będzie miał większe powodzenie u kobiet, wiadomo za mundurem panny sznurem. A co jak co, kobiety Martin uwielbiał.
Niestety jego ojciec był lekarzem, stryj był lekarzem, więc i on musiał nim zostać. Tradycja rodzinna, której nie potrafił się przeciwstawić. Musiał jednak przyznać, że jako lekarz na brak powodzenia nie mógł narzekać. Zamożne (niestety przeważnie starsze) pacjentki waliły drzwiami i oknami do pana doktora z Neufahrwasser.
Dütschke przycisnął dzwonek. Po chwili w drzwiach gabinetu pojawiła się ruda główka pielęgniarki Beaty.
– Szanowny pan dzwonił? — spytała z tym swoim okropnym polskim akcentem.
Beata pracowała u niego już pięć lat. Była Polką, urodzoną w Espenkrug1, znajdującym się obecnie po polskiej stronie granicy. Nosiła nie dające się wymówić nazwisko — Chrząszcz. Mieszkała w wynajętym pokoiku, w pobliskim Lauental2. W każdą niedzielę jeździła do swoich starych rodziców mieszkających nadal w Espenkrug. Na początku próbował ją zbałamucić ale szybko dał spokój.
- Zawołaj mi Paula. — powiedział lekarz uśmiechając się do dziewczyny.
Po chwili do gabinetu wszedł utykając portier Komorewski. W rękach miętolił czapkę.
– Szanowny pan sobie życzy? — spytał pokornie.
– Beata mówiła, że z ktoś mnie szukał. Kto to był? — spytał lekarz nie patrząc na niego.
– Jakiś typek z policji kryminalnej, pytał o tą kobietę, co to ją wczoraj znaleźli spaloną.
– I co powiedziałeś? — Lekarz spojrzał czujnie na portiera.
– Powiedziałem, że pana nie ma. Pokazał mi zdjęcie. Pytał czy znam.
– I?
– To była panienka Krause.
– Co?? — wykrzyknął lekarz. Poczuł, że ziemia osuwa mu się spod stóp.
—
1Osowa
2Letnica




















Miej na mnie oko