Nadkomisarz Gerhard Hein — scena 21

12 marca 1930, wtorek, godzina 9:15, Ottostraße1 7
Dzień zapowiadał się jako jeden z tych dni, podczas których wymęczeni długą zimą Gdańszczanie odzyskują wiarę w to, że nadejdzie wiosna. Marcowe słońce bezlitośnie rozprawiało się z resztkami śniegu. Mokry bruk ulic błyszczał w słońcu. Błękitne niebo upstrzone było przemieszczającymi się po nim z wolna białymi cumulusami. Wiejący z południa wiatr przynosił zapach mokrej ziemi i lasu, który porastał oliwskie wzgórza.
Hein nie pamiętał, jak skończył się wczorajszy wieczór. Obudził się rano na kanapie z potwornym bólem głowy. Wokół walały się puste butelki i resztki jakiegoś jedzenia. Z trudem przypomniał sobie wizytę Ignaza, który uparł się, aby świętować zaległe czterdzieste urodziny nadkomisarza.
Około północy Hein próbował dzwonić do Berlina, aby porozmawiać z synem. Jego była żona zrugała go niemiłosiernie, wyzywając od pijaków i nieudaczników. Nie pozostał jej dłużny, porównując ją do pań najstarszej profesji. Swoje próbował dorzucić upity w sztok Ignaz, ale upadł na podłogę i tam, przyjąwszy uprzednio pozycję embrionalną, zasnął.
Punktualnie o ósmej rano zadzwonił Schultz z pytaniem, czy mają podjechać po pana nadkomisarza. Hein z niejakim trudem przypomniał sobie, że na dziewiątą umówił się ze współpracownikami w domu ofiary. Cyzelując słowa – język jak na razie odmawiał nadkomisarzowi zwyczajowej współpracy – odmówił Schultzowi i kazał mu na siebie czekać na miejscu. Uznał, że poranny spacer będzie najlepszym lekiem na kaca. Godzinę później, świeży niczym skowronek, sprężystym krokiem zbliżał do stojącego na rogu Ottostraße i Bergstraße2 domu.
Budynek był ładny, zadbany, o ciekawej bryle. Po lewej stronie ganku znajdowały się dwa wysokie okna oficyny. Okna na frontonie były dość wąskie, widocznie rozświetlały sień oraz klatkę schodową. Fasada domu była pomalowana na jasnokremowy kolor. Wieńczyła ją data budowy – 1906 rok. Położoną z prawej strony przybudówkę ozdobiono fantazyjnymi rombami. Całą posesję otaczał niewysoki drewniany płot.
W perspektywie ulicy widać było wzgórze Karlsberg3 ze strzelistą wieżą widokową. Niestety, za parę lat zapewne widok ten pozostanie tylko wspomnieniem z powodu posadzonych wzdłuż ulicy drzew.
Przed domem stał niedbale zaparkowany policyjny samochód. Obok niego nadkomisarz dojrzał Schultza, Gurkego i szupowca z X rewiru. Schulz, widząc nadchodzącego szefa, urwał w połowie opowiadanie pieprznego kawału. Szupowiec zasalutował energicznie.
- To tu? — spytał Hein.
– Tak – odpowiedział Schultz i rzucił niedopałek papierosa.
– Zakapiory Rielego nie snuli się za wami?
– O dziwo znikli – odpowiedział Schultz.
– A ten co tu robi? — Hein wskazał palcem na wyprężonego jak struna policjanta.
– Wachmistrz Walter Bölke – wyszczekał służbiście wskazany. — Dostałem wezwanie do włamania.
– No to na co czekasz? Na pogaduszki ci się zebrało?
– Szefie, to tutaj się włamali – wyręczył pobladłego z emocji policjanta Schultz.
– O! — zdziwił się Hein. Otworzył furtkę i po schodkach energicznie wskoczył na ganek.
Drzwi otworzyła starsza kobieta.
– Jak dobrze, że panowie tak szybko są. Ja raptem co dzwoniła. O pan rewirowy, i…
– Nadkomisarz Hein z gdańskiej policji kryminalnej – policjant machnął jej przed nosem legitymacją. — Możemy wejść?
Kobieta zbladła i bez słowa usunęła się z wejścia.
- Czy to tutaj mieszka Anna Krause? — spytał Hein.
– Tak, ale, właśnie… to… — wyjąkała starsza pani. — Na piętrze – dodała po chwili.
Policjanci wspięli się po skrzypiących schodach na antresolę. Po chwili dotarła do nich sapiąc i trzymając się za serce gospodyni.
– Tu – wskazała znajdujące się po prawej stronie drzwi. — Tu mieszka ta Krause.
Hein otworzył drzwi. Pokój dziewczyny przypominał pobojowisko. Podłogę zaścielały wyrzucone z szafy ubrania. Walały się książki i inne drobiazgi. Z rozprutego siennika sypało się siano.
- Bałaganiara – zaśmiał się zza pleców nadkomisarza Schultz.
– Tędy musiał wejść – Nadkomisarz wskazał na zbitą szybę. Przeciąg tarmosił firanką.
Hein omiótł wzrokiem pomieszczenie.
– Ktoś nas ubiegł. Zadzwoń po technicznych, może znajdą jakieś ślady – rzucił w stronę Gurkego, po czym zwrócił się do kobiety.
– Kiedy widziała ją pani po raz ostatni?
– Panie komisarzu, a będzie ze trzy dni. Nie niepokoiłam się, bo ona często znikała z jakimiś fagasami. Co miałam mówić? Nie podoba mi się to. Ale to jakaś kuzynka Jaśnie Państwa. Oni są w Szwajcarii. — trajkotała przejęta kobiecina.
– Pani się nazywa? — przerwał jej Hein.
– Hartwig Franciszka. Domem się opiekuję, sprzątam, a jak Państwo są to i gotuję. Z niej niezłe ziółko jest, tej Krause znaczy.
– Tak? — nadkomisarz spojrzał czujnie na gospodynię.
– Ludziska gadali, że ona wiedźma, przyszłość widzi, no ta jasno… jasno…
– Jasnowidzka – podpowiedział Schultz.
– No mówię właśnie. Jak tylko wróci…
– Już nie wróci. — przerwał jej Hein. — Została zamordowana.
– O, Boże… – jęknęła kobieta, chwytając się za głowę.
—
1ul. Słoneczna
2ul. Podhalańska
3Pachołek





















no hallooooo, czekamy na kolejne sceny !!!!!!