Home > Nadkomisarz Gerhard Hein > Nadkomisarz Gerhard Hein — scena 21

Nadkomisarz Gerhard Hein — scena 21

0_643

12 marca 1930, wtorek, godz­ina 9:15, Ottostraße1 7

Dzień zapowiadał się jako jeden z tych dni, pod­czas których wymęczeni długą zimą Gdańszczanie odzyskują wiarę w to, że nade­jdzie wiosna. Mar­cowe słońce bezl­i­tośnie rozpraw­iało się z resztkami śniegu. Mokry bruk ulic błyszczał w słońcu. Błęk­itne niebo upstr­zone było przemieszcza­ją­cymi się po nim z wolna białymi cumu­lusami. Wiejący z połud­nia wiatr przynosił zapach mokrej ziemi i lasu, który poras­tał oli­wskie wzgórza.

Hein nie pamię­tał, jak skończył się wczo­ra­jszy wieczór. Obudził się rano na kanapie z pot­wornym bólem głowy. Wokół walały się puste butelki i resztki jakiegoś jedzenia. Z tru­dem przy­pom­niał sobie wiz­ytę Ignaza, który uparł się, aby świę­tować zaległe czter­dzi­este urodziny nadkomisarza.

Około północy Hein próbował dzwonić do Berlina, aby poroz­maw­iać z synem. Jego była żona zru­gała go niemiłosiernie, wyzy­wa­jąc od pijaków i nieu­daczników. Nie pozostał jej dłużny, porównu­jąc ją do pań najs­tarszej pro­fesji. Swoje próbował dorzu­cić upity w sztok Ignaz, ale upadł na podłogę i tam, przyjąwszy uprzed­nio pozy­cję embri­on­alną, zasnął.

Punk­tu­al­nie o ósmej rano zadz­wonił Schultz z pytaniem, czy mają pod­jechać po pana nad­komis­arza. Hein z nie­jakim tru­dem przy­pom­niał sobie, że na dziewiątą umówił się ze współpra­cown­ikami w domu ofi­ary. Cyzelu­jąc słowa – język jak na razie odmaw­iał nad­komis­ar­zowi zwycza­jowej współpracy – odmówił Schult­zowi i kazał mu na siebie czekać na miejscu. Uznał, że poranny spacer będzie najlep­szym lekiem na kaca. Godz­inę później, świeży niczym skowronek, sprężystym krok­iem zbliżał do sto­jącego na rogu Ottostraße i Bergstraße2 domu.

Budynek był ładny, zad­bany, o ciekawej bryle. Po lewej stronie ganku zna­j­dowały się dwa wysokie okna ofi­cyny. Okna na fron­tonie były dość wąskie, widocznie rozświ­et­lały sień oraz klatkę schodową. Fasada domu była poma­lowana na jas­nokre­mowy kolor. Wieńczyła ją data budowy – 1906 rok. Położoną z prawej strony przy­budówkę ozdo­biono fan­tazyjnymi rom­bami. Całą pos­esję otaczał niewysoki drew­ni­any płot.

W per­spek­ty­wie ulicy widać było wzgórze Karls­berg3 ze strzelistą wieżą widokową. Niestety, za parę lat zapewne widok ten pozostanie tylko wspom­nie­niem z powodu posad­zonych wzdłuż ulicy drzew.

Przed domem stał nied­bale zaparkowany pol­i­cyjny samochód. Obok niego nad­komis­arz dojrzał Schultza, Gurkego i szupowca z X rewiru. Schulz, widząc nad­chodzącego szefa, urwał w połowie opowiadanie pieprznego kawału. Szupowiec zasalu­tował energicznie.

- To tu? — spy­tał Hein.
– Tak – odpowiedział Schultz i rzu­cił niedopałek papierosa.
– Zaka­pi­ory Rielego nie snuli się za wami?
– O dziwo znikli – odpowiedział Schultz.
– A ten co tu robi? — Hein wskazał pal­cem na wyprężonego jak struna polic­janta.
– Wach­mistrz Wal­ter Bölke – wyszczekał służbiś­cie wskazany. — Dostałem wezwanie do wła­ma­nia.
– No to na co czekasz? Na pogaduszki ci się zebrało?
– Sze­fie, to tutaj się wła­mali – wyręczył pobladłego z emocji polic­janta Schultz.
– O! — zdzi­wił się Hein. Otworzył furtkę i po schod­kach ener­gicznie wskoczył na ganek.

Drzwi otworzyła starsza kobi­eta.
– Jak dobrze, że panowie tak szy­bko są. Ja raptem co dzwoniła. O pan rewirowy, i…
– Nad­komis­arz Hein z gdańskiej policji krymi­nal­nej – polic­jant mach­nął jej przed nosem legi­t­y­macją. — Możemy wejść?
Kobi­eta zbladła i bez słowa usunęła się z wejścia.

- Czy to tutaj mieszka Anna Krause? — spy­tał Hein.
– Tak, ale, właśnie… to… — wyjąkała starsza pani. — Na piętrze – dodała po chwili.

Polic­janci wspięli się po skrzyp­ią­cych schodach na antresolę. Po chwili dotarła do nich sapiąc i trzy­ma­jąc się za serce gospo­dyni.
– Tu – wskazała zna­j­du­jące się po prawej stronie drzwi. — Tu mieszka ta Krause.

Hein otworzył drzwi. Pokój dziew­czyny przy­pom­i­nał pobo­jowisko. Podłogę zaś­cielały wyrzu­cone z szafy ubra­nia. Walały się książki i inne dro­bi­azgi. Z rozprutego sien­nika sypało się siano.

- Bała­ganiara – zaśmiał się zza pleców nad­komis­arza Schultz.
– Tędy musiał wejść – Nad­komis­arz wskazał na zbitą szybę. Prze­ciąg tar­mosił firanką.

Hein omiótł wzrok­iem pomieszcze­nie.
– Ktoś nas ubiegł. Zadz­woń po tech­nicznych, może zna­jdą jakieś ślady – rzu­cił w stronę Gurkego, po czym zwró­cił się do kobi­ety.
– Kiedy widzi­ała ją pani po raz ostatni?
– Panie komis­arzu, a będzie ze trzy dni. Nie niepokoiłam się, bo ona często znikała z jakimiś fagasami. Co miałam mówić? Nie podoba mi się to. Ale to jakaś kuzynka Jaśnie Państwa. Oni są w Szwa­j­carii. — tra­jko­tała prze­jęta kobiecina.
– Pani się nazywa? — prz­er­wał jej Hein.
– Hartwig Fran­ciszka. Domem się opiekuję, sprzą­tam, a jak Państwo są to i gotuję. Z niej niezłe ziółko jest, tej Krause znaczy.
– Tak? — nad­komis­arz spo­jrzał czu­jnie na gospo­dynię.
– Ludziska gadali, że ona wiedźma, przyszłość widzi, no ta jasno… jasno…
– Jas­nowidzka – pod­powiedział Schultz.
– No mówię właśnie. Jak tylko wróci…
– Już nie wróci. — prz­er­wał jej Hein. — Została zamor­dowana.
– O, Boże… – jęknęła kobi­eta, chwyta­jąc się za głowę.

Poprzed­nie sceny

1ul. Słoneczna

2ul. Pod­ha­lańska

3Pachołek

Categories: Nadkomisarz Gerhard Hein Tags:
  1. Iwona
    Wrzesień 21st, 2009 at 16:54 | #1

    no hal­looooo, czekamy na kole­jne sceny !!!!!!

  1. Brak jeszcze trackbacków