Home > Nadkomisarz Gerhard Hein > Nadkomisarz Gerhard Hein– sceny 24,25 i 26

Nadkomisarz Gerhard Hein– sceny 24,25 i 26

Październik 26th, 2009 fraglesi Zostaw komentarz Idź do komentarzy

0_643

12 marca 1930, wtorek, godz­ina 12:10, Schleusen­strasse 31, Neufahrwasser

- Więc zna pan Annę Krause? — spy­tał Hein, cedząc powoli słowa.
– Tak, była moją pac­jen­tką – Mar­tin Dütschke spo­jrzał prosto w zacz­er­wienione oczy nad­komis­arza. — Od jak dawna? — pióro polic­janta zaw­isło na chwilę nad notat­nikiem.
– Trzy lata.

Oprócz nad­komis­arza w gabinecie lekarza obecny był Schultz, który — roz­party w fotelu — obo­jęt­nie patrzył w okno. Asys­tenta krymi­nal­nego Hansa Gurke nie było wraz z nimi. Hein wysłał go do archi­wum, aby poszukał wszel­kich dostęp­nych infor­ma­cji na temat gdańs­kich okultystów.

Przesłuchanie lekarza trwało już od ponad pięt­nastu minut. Śled­czy rzu­cał pytanie za pytaniem, mając cichą nadzieję że przesłuchi­wany pogubi się w odpowiedzi­ach. Jed­nakże lekarz odpowiadał spoko­jnie. Cza­sem po chwili namysłu. Nie widać było po nim jakiegokol­wiek zaniepoko­je­nia czy zdenerwowania.

Pióro Heina mknęło po kartkach notesu: ostat­nia wiz­yta jakiś miesiąc temu. Od tamtego czasu nie widział Krause. Nie zaniepokoiło go mil­cze­nie pac­jen­tki. Bywały dłuższe okresy. Nie dzwonił do niej, ani ona do niego. Nie znał jej bliżej. Nie chce zdradzić dolegli­wości, na które cier­pi­ała. Tajem­nica lekarska.

Nad­komis­arz zamknął notes i zakrę­cił pióro.
– Dziękuję panu za wycz­er­pu­jące odpowiedzi – powiedział. — Nie będzie pan miał nic prze­ci­wko, jeśli przesłuchamy teraz pańs­kich pra­cown­ików?
– Oczy­wiś­cie, gabi­net jest do panów dys­pozy­cji — odpowiedział lekarz, skinął głową polic­jan­tom i wyszedł zamyka­jąc za sobą cicho drzwi.
– Co o nim myślisz? – Hein rzu­cił w stronę pod­wład­nego.
Schultz cmoknął i potarł się z namysłem po brodzie. Jego fizys wyrażała przez moment niespo­tykany zbyt często stan głębok­iej i aut­en­ty­cznej zad­umy.
– Coś ukrywa – odparł po chwili. — Za gład­kie to było wszys­tko.
– Też mam takie wrażenie.

Dal­szą wymi­anę zdań prz­er­wało wejś­cie pielęg­niarki Beaty. Hein spo­jrzał na nią z niekła­manym zaciekaw­ie­niem. Dziew­czyna przysi­adła z wdz­iękiem na wskazanym jej przez komis­arza krześle. Ręce złożyła na kolanach. Ten gest wyraźnie rozczulił Ger­harda. – No tak, stary, rozk­le­jasz się… Weź się w garść i prze­jdź do rzeczy – polic­jant skar­cił się szy­bko w myślach.

- Pani imię i nazwisko? — zaczął przesłuchanie.
– Beata Chrząszcz.
– Ch… sz… może mi pani przeliterować? – Hein ska­pit­u­lował po chwili i bezrad­nie spo­jrzał przeprasza­jąco na dziewczynę.

Beata widząc minę polic­janta zaśmi­ała się wdz­ięcznie. Nad­komis­arz, który nor­mal­nie zareagowałby ostro, spo­jrzał na dziew­czynę z sym­pa­tią i o dziwo też się uśmiech­nął. Nie uszło to uwagi Schultza, który był przyzwycza­jony do – eufemisty­cznie rzecz ujmu­jąc – nieco innego sto­sunku szefa do przesłuchi­wanych. Nie wyłącza­jąc kobiet.

- Pani jak mniemam jest Polką? – zapy­tał Hein.
– Tak, urodz­iłam się Espenkrug, ale od dziesię­ciu lat mieszkam w Gdańsku.
– Od kiedy pracuje pani u pana Dütschke?
– Od pię­ciu lat – padła szy­bka odpowiedź.
– Czy znała pani Annę Krause?

Beata spo­jrzała zaskoc­zona na Heina. Popraw­iła nies­fornie opada­jący na czoło kos­myk.
– Tak, panienka Krause była pac­jen­tką pana Mar­tina. — odpowiedzi­ała po chwili.
– Ma śliczne zielone oczy – skon­sta­tował w myślach nad­komis­arz. Zdzi­wiła go ta myśl. Przez chwilę poczuł zapom­ni­ane już odczu­cie. — Spokój! Skup się! – powtórnie przy­wołał się do porządku.

Padały kole­jne pyta­nia. Dziew­czyna odpowiadała bez zwłoki. Powoli zapeł­ni­ała się kole­jna kartka w czarnym note­sie Heina.

- Czy zauważyła pani coś dzi­wnego w ich relac­jach? — kon­tyn­uował przesłuchanie nad­komis­arz.
– Nie, cho­ciaż…
– Tak? — Hein spo­jrzał czu­jnie na dziew­czynę.
– To pewnie bez znaczenia. Nie, nie ważne. Nie powin­nam… — dziew­czyna wyraźnie zmieszała się. — Proszę kon­tyn­uować, każda infor­ma­cja może być dla nas przy­datna.
– Niechcący pod­słuchałam ich roz­mowę, u nas są dwa tele­fony, pod­niosłam słuchawkę, chci­ałam wykrę­cić numer, ale właśnie pan dok­tor roz­maw­iał z drugiego aparatu z panienką Krause, umaw­iali się… — Beata zawa­hała się. — …na jakieś wiec­zorne spotkanie.
– To ciekawe – stwierdził Hein i zan­otował coś szy­bko w note­sie.
– Czy coś jeszcze pani usłyszała?
– Nie, odłożyłam szy­bko słuchawkę.
– Kiedy to było? – Schulz wyręczył szefa.
– Jakieś dwa tygod­nie temu.
– Rozu­miem. Bardzo dzięku­jemy pani. — Hein wstał zza biurka i podał rękę dziew­czynie. Sięgnął do kieszeni i wyjął ele­gancki wiz­y­townik.
– Tu jest tele­fon do mnie, gdyby coś pani sobie przy­pom­ni­ała – powiedział policjant.

Beata spo­jrzała na wiz­ytówkę.
– O! Pan nad­komis­arz Hein! — uśmiech­nęła się. — Dużo o panu czy­tałam!
– Pis­maki różne bzdury wyp­isują – bąknął mile zaskoc­zony i zarazem zakłopotany Hein.

Brwi Schultza powędrowały do góry.
– Co się ze starym dzieje? — pomyślał zaskoc­zony. — Czyżby wzięła go ta młoda? – polic­jant zare­chotał w myślach, choć na zewnątrz usil­nie starał się nadać swo­jej twarzy zwycza­jowy kami­enny wyraz.

12 marca 1930, wtorek, godz­ina 14:15, Prezy­dium Policji

Oskar Riele był zły. Bardzo zły. Krążył po swoim gabinecie niczym wściekła osa.
– Dia­bli mi nadali sprawę tej Krause. Tylko czas tracę i siły – myślał. – Mało to mam innej pracy?

Od trzech lat on i jego ludzie pra­cow­ali na najwyższych obro­tach. W 1927 roku rozwiązano Sojuszniczą Komisję Kon­trolną, mającą za zadanie pil­nowa­nia przestrze­ga­nia Trak­tatu Wer­sal­skiego. Niemieckie tajne służby dostały wiatr w skrzy­dła. Mogły teraz pra­cować i rozwi­jać się bez ograniczeń. Znacznie zwięk­szyły się też dotacje od rządu Rzeszy.

Gdańsk był wów­czas głównym teatrem zma­gań tajnych służb. Ist­ni­ały tu wręcz ide­alne warunki do nieogranic­zonego roz­woju akcji szpiegows­kich. Ustawy WMG nie przewidy­wały kar za upraw­ianie szpiegostwa, dlat­ego też placówki obcych wywiadów mogły spoko­jnie pra­cować. Oczy­wiś­cie, o ile nie naruszały przepisów admin­is­tra­cyjno — porząd­kowych oraz ogól­nie przyję­tych norm oby­cza­jowych. Wolne Miasto nie miało też pod­pisanych umów o ekstrady­cję. Granica Wol­nego Miasta z Pol­ską była dzi­u­rawa niczym sito.

Wer­bowano kogo się tylko dało. Na miejscu i w Polsce, dokąd wysyłano zaka­mu­flowanych i nie budzą­cych pode­jrzeń agen­tów — wer­bown­ików. Niepoko­jono mieszkańców Gdańska nar­o­dowości pol­skiej propozy­c­jami współpracy z wywia­dem Rzeszy. Wer­bowano częs­tokroć wśród osób załatwia­ją­cych różne sprawy w urzę­dach Wol­nego Miasta, szukano zwłaszcza osób, prze­ci­wko którym toczyły się postępowa­nia karne i skar­bowe. Pro­ponowano współpracę za cenę odstąpi­enia od kary.

- I jeszcze za swatkę muszę robić – żachnął się komis­arz, prz­ery­wa­jąc na moment swój ner­wowy spacer po gabinecie. Spo­jrzał tępym wzrok­iem na ścianę, przed którą się zatrzymał.

Fakt. Abwehra zakładała w Gdańsku sze­roko reklam­owane w prasie gdańskiej i pomorskiej biura matry­mo­ni­alne, których zadaniem było kojarze­nie małżeństw pol­s­kich urzęd­ników państ­wowych oraz ofi­cerów z gdańszczankami. Część z nich była przeszkolonymi agen­tkami wywiadu. Duża cześć kore­spon­dencji tych biur pow­stawała nie w bud­uarach uroczych mieszkanek Wol­nego Miasta, a w zaciszach poko­jów w gmachu Prezy­dium Policji.

Zrezyg­nowany Riele opadł na krzesło. Wyjął papierosa. Niebieski dym tyto­niowy zaw­isł ciężko nad biurkiem komis­arza. Przez zasłony wpadały promie­nie, przy­grze­wa­jącego z każdym dniem coraz moc­niej, mar­cowego słońca.

Niestety, wyty­czne z cen­trali były jed­noz­naczne. Wszys­tkie zasoby miały zostać przez­nac­zone na rozpra­cow­anie gdańs­kich okul­tys­tów, a zwłaszcza orga­ni­za­cji, którą kierował pro­fe­sor Wirth. Góra kładła szczególny nacisk na wyjaśnie­nie powodów zain­tere­sowa­nia gdańs­kich okul­tys­tów Anną Krause oraz relacji, jakie łączą ich z faszys­tami. To właśnie z cen­trali przyszedł syg­nał o wiz­y­cie Himm­lera. Nakazano najwyższą czu­jność. Pode­jrze­wano, iż przy­jechał po jakieś bardzo ważne infor­ma­cje. Komis­arz Riele szy­bko ustalił cel wiz­yty Reichsführera.

Gurke donosił, że Riele przesłuchuje lekarza i jego pra­cown­ików, a on sam ma odszukać w Archi­wum wszys­tko, co się tylko da, na temat okul­tys­tów.
– Ciekawe, skąd u Heina zain­tere­sowanie nimi? Prze­cież on nic nie wie o kon­tak­tach Wirtha z tą młodą. Lekarz nie beknął ani słowa – polic­jant machi­nal­nie przygładził obcięte na jeżyka blond włosy. — I nasz drogi nad­komis­arz nie dowie się niczego więcej – zaśmiał się na głos. Ta kon­stat­acja najwyraźniej popraw­iła mu humor.

Do ręki wziął zeszyt, który został mu przekazany niecałą godz­inę temu. Kosz­towało go to kole­jny pięćset­gulde­nowy ban­knot.
– Tyle zamiesza­nia o grafo­manię jakiejś czarownicy?

Riele pogrążył się w lek­turze. Wraz z postępem w lek­turze jego oczy robiły się coraz więk­sze.
– Proszę, proszę… – rzu­cał co pewien czas. Już dawno nie pamię­tał, żeby coś wciągnęło go tak bardzo, jak owa „grafo­ma­nia”, z której jeszcze przed chwilą gotów był kpić i żartować.

{Scena 26} 12 marca 1930, wtorek, godz­ina 19:05, Lauen­tal1

Na dworze było już ciemno. Słabe i w dodatku rzadko ustaw­ione lampy z tru­dem rozświ­et­lały zmrok. Beata roze­jrzała się wokoło. Ulica była cicha i pusta. Dziew­czyna zamknęła drzwi i szy­bkim krok­iem poszła Lauen­taler Weg2. Właśnie zaczy­nało padać.

Beata nie bała się iść sama po zmroku. To była jej dziel­nica. Była pewna, że nic jej tu nie grozi.

Skromna pen­sja nie pozwalała Bea­cie na wyna­ję­cie pokoju w lep­szej dziel­nicy miasta, na przykład w pob­liskim Lang­fuhr. Zresztą nie czuła wcale takiej potrzeby. Podobało się jej właśnie tutaj. Ludzie byli mili, nikt nie wchodzi sobie w drogę, choć znali się tu prawie wszyscy. Panował specy­ficzny kli­mat małego miasteczka, wręcz wioski, dobrze przez nią pamię­tany z dzieciństwa spęd­zonego w podg­dańskim Espenkrug. Od roku, dzięki budowie nowej linii tramwa­jowej, jej dojazd do pracy skró­cił się do niecałych dziesię­ciu minut.

Na skrzyżowa­niu z Möwen­weg3 dziew­czyna obe­jrzała się jeszcze dla pewności i uspoko­jona skrę­ciła w prawo. Pięćdziesiąt metrów dalej zaparkowano ukryty w mroku czarny samochód. Kierowca stał kilka metrów od auta i widocznie palił, gdyż w mroku żarzył się ognik papierosa. Gdzieś w dali szczekał jakiś pies. Sły­chać było nad­jeżdża­jący pob­liską Paul Benecke – Weg tramwaj. Beata podeszła do auta, otworzyła drzwi i wsi­adła do pojazdu.

Na tyl­nym siedze­niu samo­chodu siedział około trzy­dziesto­letni mężczyzna. Uwagę zwracał charak­terysty­czny długi nos oraz wąskie, małe usta. Wysokie czoło. Ster­czący pod­bródek. Lekko spicza­ste uszy. Włosy ciemne, zaczesane do góry. Brwi proste, cienkie, prawie jak u aktora fil­mowego. Ubrany był w ciemny płaszcz, a obok niego leżał kapelusz.

- Dobry wieczór, panie kap­i­tanie – dziew­czyna przy­witała się z pasażerem auta, jak ze starym zna­jomym.
– Dobry wieczór, Beato – odparł skryty w mroku mężczyzna. — Co sły­chać u naszego delik­wenta?
– Rano przesłuchała pana dok­tora policja krymi­nalna. Przesłuchali też mnie i portiera Komorewskiego.
– Powiedzi­ałaś dokład­nie to, co ustal­iśmy? — świdru­jące spo­jrze­nie oczu kap­i­tana wbiło się gwał­townie w dziew­czynę.
– Oczy­wiś­cie – Beata uśmiech­nęła się, ale w środku zadrżała.
– Bardzo dobrze. Kto przesłuchi­wał?
– Nad­komis­arz Hein.
– No proszę! Muhl wysłał swo­jego najlep­szego psa

Kap­i­tan poruszył się. Syknął. Widocznie od dłuższego siedzenia zdrętwiała mu noga.
– Będzie ciekawie. — dodał po chwili.
– Całkiem przys­to­jny ten Hein – Beata zaśmi­ała się cicho. — Wygląda na to, że wpadłam mu w oko.
– Tak? Skąd wiesz?
– Kobieca intu­icja – Beta uśmiech­nęła się nieco tajem­niczo, niczym Mona Liza.
– Rozu­miem. Spróbuj, ale bądź ostrożna. Może coś z tego wyjdzie i dowiemy się czegoś więcej o Heinie. Potrze­bu­jesz pieniędzy? — spy­tał.
– Nie panie kap­i­tanie, na razie mi star­czy.
– Dobrze, zuch dziew­czyna, zmykaj.

Po chwili siedział już sam, pogrążony w myślach. Kierowca rozdep­tał niedopałek obcasem buta. Wsi­adł, zapalił sil­nik i Cit­roen ruszył prosto w stronę cen­trum Gdańska.

——-

1Let­nica

2ul.Starowiejska

3ul. Rybitwy

Categories: Nadkomisarz Gerhard Hein Tags:
  1. Piotr Chmielarz
    Październik 27th, 2009 at 20:31 | #1

    Znakomite odcinki widzę, że nie tracisz czasu ten kap­i­tan o ile sie domyślam do Riele a może jakiś gestapowiec z SD niech zgadnę wkrótce pad­nie kole­jny trup albo portier albo dok­tor ale staw­iam raczej na portiera a dok­tora hitlerowcy będa chcieli wrobić.

  2. fra­glesi
    Październik 27th, 2009 at 20:51 | #2

    Dziękuje:-)
    Riele był komis­arzem policji, i to nie­jako był jego stopień, a w 1930 nie ist­ni­ało jeszcze gestapo ani tym bardziej SD. czyli zimno, zimno ;-)

  3. Piotr Chmielarz
    Październik 27th, 2009 at 22:40 | #3

    Ja bym się nie zgodził w biografii Hey­dricha było napisane, że tworzył on SD więc może zaczątki tego rodzaju służb już ist­ni­ały. zamieszczam tytuł i autora może tam zna­jdziesz więcej infor­ma­cji ale mogę się mylić. A co do Riele to był on raczej ofi­cerem Abwehry zamaskowanym pod rangą komis­arza policji poczy­taj Kozakiewicza

    Hey­drich : posłaniec śmierci / Leo Kessler ; przekł. [z ang.] Sła­womir Kędzier­ski. — Warszawa : “Col­ori”, 2000. — 210 s., [8] s. tabl. ; 24 cm. — (Sen­sacje XX Wieku). — ISBN 83–904972-9–8

  4. fra­glesi
    Październik 28th, 2009 at 06:34 | #4

    Na Władysławie Koza­czuku (chyba jego miałeś na myśli pisząc Koza­kiewicz) nie pole­gałbym tak za bardzo. Hen­ryk Kopczyk w “Niemieck­iej dzi­ałal­ności wywiad­ow­czej na Pomorzu 1920–1933″ zjechał z lekka jego “Bitwę o tajem­nicę” :-)
    Reile w początkowych lat­ach, podob­nie jak jego ludzie, był tylko zwer­bowanym (przez Wal­tera Weissa) współpra­cown­ikem Abwehry, i to na przysłowiową gębę.

    Co do Hey­dricha to do NSDAP wstąpił w czer­wcu 1931 a w lipcu 1932 roku otrzy­mał od Hein­richa Himm­lera polece­nie stworzenia par­tyjnej służby bez­pieczeństwa SD.
    Wcześniej to tam z bez­pieczeńst­wem wewnętrznym bywało różnie, raczej kiep­sko.
    (Heinz Hoehne — SS Zakon trupiej czaszki)

  5. Piotr Chmielarz
    Październik 31st, 2009 at 15:15 | #5

    Poży­czyłem sobie w filii numer 1 bib­lioteki miejskiej w Gli­wicach książkę Podgórecznego Albert Forster Gauleiter i oskarżony z wstępu wygląda na to, że facet pojawił się w Gdańsku w 1930 roku więc może będzie przy­datna do kryminału.

  1. Brak jeszcze trackbacków