Nadkomisarz Gerhard Hein– sceny 24,25 i 26

12 marca 1930, wtorek, godzina 12:10, Schleusenstrasse 31, Neufahrwasser
- Więc zna pan Annę Krause? — spytał Hein, cedząc powoli słowa.
– Tak, była moją pacjentką – Martin Dütschke spojrzał prosto w zaczerwienione oczy nadkomisarza. — Od jak dawna? — pióro policjanta zawisło na chwilę nad notatnikiem.
– Trzy lata.
Oprócz nadkomisarza w gabinecie lekarza obecny był Schultz, który — rozparty w fotelu — obojętnie patrzył w okno. Asystenta kryminalnego Hansa Gurke nie było wraz z nimi. Hein wysłał go do archiwum, aby poszukał wszelkich dostępnych informacji na temat gdańskich okultystów.
Przesłuchanie lekarza trwało już od ponad piętnastu minut. Śledczy rzucał pytanie za pytaniem, mając cichą nadzieję że przesłuchiwany pogubi się w odpowiedziach. Jednakże lekarz odpowiadał spokojnie. Czasem po chwili namysłu. Nie widać było po nim jakiegokolwiek zaniepokojenia czy zdenerwowania.
Pióro Heina mknęło po kartkach notesu: ostatnia wizyta jakiś miesiąc temu. Od tamtego czasu nie widział Krause. Nie zaniepokoiło go milczenie pacjentki. Bywały dłuższe okresy. Nie dzwonił do niej, ani ona do niego. Nie znał jej bliżej. Nie chce zdradzić dolegliwości, na które cierpiała. Tajemnica lekarska.
Nadkomisarz zamknął notes i zakręcił pióro.
– Dziękuję panu za wyczerpujące odpowiedzi – powiedział. — Nie będzie pan miał nic przeciwko, jeśli przesłuchamy teraz pańskich pracowników?
– Oczywiście, gabinet jest do panów dyspozycji — odpowiedział lekarz, skinął głową policjantom i wyszedł zamykając za sobą cicho drzwi.
– Co o nim myślisz? – Hein rzucił w stronę podwładnego.
Schultz cmoknął i potarł się z namysłem po brodzie. Jego fizys wyrażała przez moment niespotykany zbyt często stan głębokiej i autentycznej zadumy.
– Coś ukrywa – odparł po chwili. — Za gładkie to było wszystko.
– Też mam takie wrażenie.
Dalszą wymianę zdań przerwało wejście pielęgniarki Beaty. Hein spojrzał na nią z niekłamanym zaciekawieniem. Dziewczyna przysiadła z wdziękiem na wskazanym jej przez komisarza krześle. Ręce złożyła na kolanach. Ten gest wyraźnie rozczulił Gerharda. – No tak, stary, rozklejasz się… Weź się w garść i przejdź do rzeczy – policjant skarcił się szybko w myślach.
- Pani imię i nazwisko? — zaczął przesłuchanie.
– Beata Chrząszcz.
– Ch… sz… może mi pani przeliterować? – Hein skapitulował po chwili i bezradnie spojrzał przepraszająco na dziewczynę.
Beata widząc minę policjanta zaśmiała się wdzięcznie. Nadkomisarz, który normalnie zareagowałby ostro, spojrzał na dziewczynę z sympatią i o dziwo też się uśmiechnął. Nie uszło to uwagi Schultza, który był przyzwyczajony do – eufemistycznie rzecz ujmując – nieco innego stosunku szefa do przesłuchiwanych. Nie wyłączając kobiet.
- Pani jak mniemam jest Polką? – zapytał Hein.
– Tak, urodziłam się Espenkrug, ale od dziesięciu lat mieszkam w Gdańsku.
– Od kiedy pracuje pani u pana Dütschke?
– Od pięciu lat – padła szybka odpowiedź.
– Czy znała pani Annę Krause?
Beata spojrzała zaskoczona na Heina. Poprawiła niesfornie opadający na czoło kosmyk.
– Tak, panienka Krause była pacjentką pana Martina. — odpowiedziała po chwili.
– Ma śliczne zielone oczy – skonstatował w myślach nadkomisarz. Zdziwiła go ta myśl. Przez chwilę poczuł zapomniane już odczucie. — Spokój! Skup się! – powtórnie przywołał się do porządku.
Padały kolejne pytania. Dziewczyna odpowiadała bez zwłoki. Powoli zapełniała się kolejna kartka w czarnym notesie Heina.
- Czy zauważyła pani coś dziwnego w ich relacjach? — kontynuował przesłuchanie nadkomisarz.
– Nie, chociaż…
– Tak? — Hein spojrzał czujnie na dziewczynę.
– To pewnie bez znaczenia. Nie, nie ważne. Nie powinnam… — dziewczyna wyraźnie zmieszała się. — Proszę kontynuować, każda informacja może być dla nas przydatna.
– Niechcący podsłuchałam ich rozmowę, u nas są dwa telefony, podniosłam słuchawkę, chciałam wykręcić numer, ale właśnie pan doktor rozmawiał z drugiego aparatu z panienką Krause, umawiali się… — Beata zawahała się. — …na jakieś wieczorne spotkanie.
– To ciekawe – stwierdził Hein i zanotował coś szybko w notesie.
– Czy coś jeszcze pani usłyszała?
– Nie, odłożyłam szybko słuchawkę.
– Kiedy to było? – Schulz wyręczył szefa.
– Jakieś dwa tygodnie temu.
– Rozumiem. Bardzo dziękujemy pani. — Hein wstał zza biurka i podał rękę dziewczynie. Sięgnął do kieszeni i wyjął elegancki wizytownik.
– Tu jest telefon do mnie, gdyby coś pani sobie przypomniała – powiedział policjant.
Beata spojrzała na wizytówkę.
– O! Pan nadkomisarz Hein! — uśmiechnęła się. — Dużo o panu czytałam!
– Pismaki różne bzdury wypisują – bąknął mile zaskoczony i zarazem zakłopotany Hein.
Brwi Schultza powędrowały do góry.
– Co się ze starym dzieje? — pomyślał zaskoczony. — Czyżby wzięła go ta młoda? – policjant zarechotał w myślach, choć na zewnątrz usilnie starał się nadać swojej twarzy zwyczajowy kamienny wyraz.
12 marca 1930, wtorek, godzina 14:15, Prezydium Policji
Oskar Riele był zły. Bardzo zły. Krążył po swoim gabinecie niczym wściekła osa.
– Diabli mi nadali sprawę tej Krause. Tylko czas tracę i siły – myślał. – Mało to mam innej pracy?
Od trzech lat on i jego ludzie pracowali na najwyższych obrotach. W 1927 roku rozwiązano Sojuszniczą Komisję Kontrolną, mającą za zadanie pilnowania przestrzegania Traktatu Wersalskiego. Niemieckie tajne służby dostały wiatr w skrzydła. Mogły teraz pracować i rozwijać się bez ograniczeń. Znacznie zwiększyły się też dotacje od rządu Rzeszy.
Gdańsk był wówczas głównym teatrem zmagań tajnych służb. Istniały tu wręcz idealne warunki do nieograniczonego rozwoju akcji szpiegowskich. Ustawy WMG nie przewidywały kar za uprawianie szpiegostwa, dlatego też placówki obcych wywiadów mogły spokojnie pracować. Oczywiście, o ile nie naruszały przepisów administracyjno — porządkowych oraz ogólnie przyjętych norm obyczajowych. Wolne Miasto nie miało też podpisanych umów o ekstradycję. Granica Wolnego Miasta z Polską była dziurawa niczym sito.
Werbowano kogo się tylko dało. Na miejscu i w Polsce, dokąd wysyłano zakamuflowanych i nie budzących podejrzeń agentów — werbowników. Niepokojono mieszkańców Gdańska narodowości polskiej propozycjami współpracy z wywiadem Rzeszy. Werbowano częstokroć wśród osób załatwiających różne sprawy w urzędach Wolnego Miasta, szukano zwłaszcza osób, przeciwko którym toczyły się postępowania karne i skarbowe. Proponowano współpracę za cenę odstąpienia od kary.
- I jeszcze za swatkę muszę robić – żachnął się komisarz, przerywając na moment swój nerwowy spacer po gabinecie. Spojrzał tępym wzrokiem na ścianę, przed którą się zatrzymał.
Fakt. Abwehra zakładała w Gdańsku szeroko reklamowane w prasie gdańskiej i pomorskiej biura matrymonialne, których zadaniem było kojarzenie małżeństw polskich urzędników państwowych oraz oficerów z gdańszczankami. Część z nich była przeszkolonymi agentkami wywiadu. Duża cześć korespondencji tych biur powstawała nie w buduarach uroczych mieszkanek Wolnego Miasta, a w zaciszach pokojów w gmachu Prezydium Policji.
Zrezygnowany Riele opadł na krzesło. Wyjął papierosa. Niebieski dym tytoniowy zawisł ciężko nad biurkiem komisarza. Przez zasłony wpadały promienie, przygrzewającego z każdym dniem coraz mocniej, marcowego słońca.
Niestety, wytyczne z centrali były jednoznaczne. Wszystkie zasoby miały zostać przeznaczone na rozpracowanie gdańskich okultystów, a zwłaszcza organizacji, którą kierował profesor Wirth. Góra kładła szczególny nacisk na wyjaśnienie powodów zainteresowania gdańskich okultystów Anną Krause oraz relacji, jakie łączą ich z faszystami. To właśnie z centrali przyszedł sygnał o wizycie Himmlera. Nakazano najwyższą czujność. Podejrzewano, iż przyjechał po jakieś bardzo ważne informacje. Komisarz Riele szybko ustalił cel wizyty Reichsführera.
Gurke donosił, że Riele przesłuchuje lekarza i jego pracowników, a on sam ma odszukać w Archiwum wszystko, co się tylko da, na temat okultystów.
– Ciekawe, skąd u Heina zainteresowanie nimi? Przecież on nic nie wie o kontaktach Wirtha z tą młodą. Lekarz nie beknął ani słowa – policjant machinalnie przygładził obcięte na jeżyka blond włosy. — I nasz drogi nadkomisarz nie dowie się niczego więcej – zaśmiał się na głos. Ta konstatacja najwyraźniej poprawiła mu humor.
Do ręki wziął zeszyt, który został mu przekazany niecałą godzinę temu. Kosztowało go to kolejny pięćsetguldenowy banknot.
– Tyle zamieszania o grafomanię jakiejś czarownicy?
Riele pogrążył się w lekturze. Wraz z postępem w lekturze jego oczy robiły się coraz większe.
– Proszę, proszę… – rzucał co pewien czas. Już dawno nie pamiętał, żeby coś wciągnęło go tak bardzo, jak owa „grafomania”, z której jeszcze przed chwilą gotów był kpić i żartować.
{Scena 26} 12 marca 1930, wtorek, godzina 19:05, Lauental1
Na dworze było już ciemno. Słabe i w dodatku rzadko ustawione lampy z trudem rozświetlały zmrok. Beata rozejrzała się wokoło. Ulica była cicha i pusta. Dziewczyna zamknęła drzwi i szybkim krokiem poszła Lauentaler Weg2. Właśnie zaczynało padać.
Beata nie bała się iść sama po zmroku. To była jej dzielnica. Była pewna, że nic jej tu nie grozi.
Skromna pensja nie pozwalała Beacie na wynajęcie pokoju w lepszej dzielnicy miasta, na przykład w pobliskim Langfuhr. Zresztą nie czuła wcale takiej potrzeby. Podobało się jej właśnie tutaj. Ludzie byli mili, nikt nie wchodzi sobie w drogę, choć znali się tu prawie wszyscy. Panował specyficzny klimat małego miasteczka, wręcz wioski, dobrze przez nią pamiętany z dzieciństwa spędzonego w podgdańskim Espenkrug. Od roku, dzięki budowie nowej linii tramwajowej, jej dojazd do pracy skrócił się do niecałych dziesięciu minut.
Na skrzyżowaniu z Möwenweg3 dziewczyna obejrzała się jeszcze dla pewności i uspokojona skręciła w prawo. Pięćdziesiąt metrów dalej zaparkowano ukryty w mroku czarny samochód. Kierowca stał kilka metrów od auta i widocznie palił, gdyż w mroku żarzył się ognik papierosa. Gdzieś w dali szczekał jakiś pies. Słychać było nadjeżdżający pobliską Paul Benecke – Weg tramwaj. Beata podeszła do auta, otworzyła drzwi i wsiadła do pojazdu.
Na tylnym siedzeniu samochodu siedział około trzydziestoletni mężczyzna. Uwagę zwracał charakterystyczny długi nos oraz wąskie, małe usta. Wysokie czoło. Sterczący podbródek. Lekko spiczaste uszy. Włosy ciemne, zaczesane do góry. Brwi proste, cienkie, prawie jak u aktora filmowego. Ubrany był w ciemny płaszcz, a obok niego leżał kapelusz.
- Dobry wieczór, panie kapitanie – dziewczyna przywitała się z pasażerem auta, jak ze starym znajomym.
– Dobry wieczór, Beato – odparł skryty w mroku mężczyzna. — Co słychać u naszego delikwenta?
– Rano przesłuchała pana doktora policja kryminalna. Przesłuchali też mnie i portiera Komorewskiego.
– Powiedziałaś dokładnie to, co ustaliśmy? — świdrujące spojrzenie oczu kapitana wbiło się gwałtownie w dziewczynę.
– Oczywiście – Beata uśmiechnęła się, ale w środku zadrżała.
– Bardzo dobrze. Kto przesłuchiwał?
– Nadkomisarz Hein.
– No proszę! Muhl wysłał swojego najlepszego psa
Kapitan poruszył się. Syknął. Widocznie od dłuższego siedzenia zdrętwiała mu noga.
– Będzie ciekawie. — dodał po chwili.
– Całkiem przystojny ten Hein – Beata zaśmiała się cicho. — Wygląda na to, że wpadłam mu w oko.
– Tak? Skąd wiesz?
– Kobieca intuicja – Beta uśmiechnęła się nieco tajemniczo, niczym Mona Liza.
– Rozumiem. Spróbuj, ale bądź ostrożna. Może coś z tego wyjdzie i dowiemy się czegoś więcej o Heinie. Potrzebujesz pieniędzy? — spytał.
– Nie panie kapitanie, na razie mi starczy.
– Dobrze, zuch dziewczyna, zmykaj.
Po chwili siedział już sam, pogrążony w myślach. Kierowca rozdeptał niedopałek obcasem buta. Wsiadł, zapalił silnik i Citroen ruszył prosto w stronę centrum Gdańska.
——-
1Letnica
2ul.Starowiejska
3ul. Rybitwy





















Znakomite odcinki widzę, że nie tracisz czasu ten kapitan o ile sie domyślam do Riele a może jakiś gestapowiec z SD niech zgadnę wkrótce padnie kolejny trup albo portier albo doktor ale stawiam raczej na portiera a doktora hitlerowcy będa chcieli wrobić.
Dziękuje:-)
Riele był komisarzem policji, i to niejako był jego stopień, a w 1930 nie istniało jeszcze gestapo ani tym bardziej SD. czyli zimno, zimno
Ja bym się nie zgodził w biografii Heydricha było napisane, że tworzył on SD więc może zaczątki tego rodzaju służb już istniały. zamieszczam tytuł i autora może tam znajdziesz więcej informacji ale mogę się mylić. A co do Riele to był on raczej oficerem Abwehry zamaskowanym pod rangą komisarza policji poczytaj Kozakiewicza
Heydrich : posłaniec śmierci / Leo Kessler ; przekł. [z ang.] Sławomir Kędzierski. — Warszawa : “Colori”, 2000. — 210 s., [8] s. tabl. ; 24 cm. — (Sensacje XX Wieku). — ISBN 83–904972-9–8
Na Władysławie Kozaczuku (chyba jego miałeś na myśli pisząc Kozakiewicz) nie polegałbym tak za bardzo. Henryk Kopczyk w “Niemieckiej działalności wywiadowczej na Pomorzu 1920–1933″ zjechał z lekka jego “Bitwę o tajemnicę”
Reile w początkowych latach, podobnie jak jego ludzie, był tylko zwerbowanym (przez Waltera Weissa) współpracownikem Abwehry, i to na przysłowiową gębę.
Co do Heydricha to do NSDAP wstąpił w czerwcu 1931 a w lipcu 1932 roku otrzymał od Heinricha Himmlera polecenie stworzenia partyjnej służby bezpieczeństwa SD.
Wcześniej to tam z bezpieczeństwem wewnętrznym bywało różnie, raczej kiepsko.
(Heinz Hoehne — SS Zakon trupiej czaszki)
Pożyczyłem sobie w filii numer 1 biblioteki miejskiej w Gliwicach książkę Podgórecznego Albert Forster Gauleiter i oskarżony z wstępu wygląda na to, że facet pojawił się w Gdańsku w 1930 roku więc może będzie przydatna do kryminału.