Nakomisarz Gerhard Hein — scena 27

12 marca 1930, wtorek, godzina 21:10, Villa Kirch
Pod znajdującą się przy Jäschkentaler Weg willę Kirsch co chwila podjeżdżały eleganckie limuzyny. Pasażerowie wysiadali i szybkim krokiem wchodzili do ciemnego budynku. Auta pośpiesznie odjeżdżały. W zaparkowanym kilkadziesiąt metrów dalej, w mroku, samochodzie, dwóch mężczyzn dwoiło się i troiło aby zapisać numery rejestracyjne.
Przybysze milcząc wspinali się po skrzypiących schodach w holu. Zmierzali do małego, położonego po prawej stronie korytarza, pokoju. Tam przebierali się w białe habity z kapturami. Na każdej szacie znajdował się wielki czerwony krzyż rycerski, którego kształt zależał od hierarchii posiadacza. Przebrani przechodzili do położonej na końcu korytarza głównej sali zgromadzeń.
Po środku sali stał wielki okrągły stół otoczony wianuszkiem krzeseł. Był przykryty białym, sięgającym prawie ziemi, obrusem. Oświetlenie elektryczne było zgaszone. Mrok rozświetlały jedynie świece palące się na wiszącym nad stołem okrągłym świeczniku. Okna były szczelnie zasłonięte kotarami.
Dzisiejsze nadzwyczajne spotkanie przeznaczone było dla stojących najwyżej w hierarchii braci, a więc mistrzów określanych jako MONT, oraz kanoników CONT. Pozostałe, niższe pięć klas nie miało wstępu na dzisiejsze obrady kapituły domu gdańskiego Ordo Novi Templi. Bracia MONT i CONT byli najczystszymi rasowo członkami domu. Warunkiem koniecznym przynależności do tych klas było posiadanie co najmniej 75 procent czystej rasowo krwi.
Mężczyźni zajmowali przynależne im miejsca wokół stołu. Nad każdym siedziskiem znajdowała się heraldyczna tarcza. Każdy herb otaczało barokowe obramienie, którego kształt zależał od hierarchii posiadacza. W każdym obramieniu znajdowało się przedstawienie anioła i fauna.
Zgromadzeni rozmawiali cicho, oczekując najwyższego rangą członka domu, prezbitera Fra Rainalda pONT. Ponieważ gdańska kapituła liczyła od niedawna ponad pięciu mistrzów oraz kanoników, prezbiter miał w niedługim czasie otrzymać rangę najwyższego (PONT) i cieszyć się wszelkimi przywilejami z tymi związanymi. Przebąkiwano też o rychłym powstaniu domu w pobliskim Zoppot.
Po chwili, przez prowadzące do sąsiedniego pomieszczenia drzwi, wszedł prezbiter Jego głowę zdobił czerwony biret. Zaszurały odsuwane krzesła, bracia powstali.
Prezbiter wybrał stosowne czytanie z księgi czytań Legendarium. Bracia w skupieniu wysłuchali. Prowadzący na zakończenie zaintonował psalm 17, 3–4 z księgi psalmów Teutsch. Zgromadzeni jednym głosem zaśpiewali dobrze znaną im pieśń:
“Du Frauja bist mein milder Wirt,
Der mich aus Seinem Füllhorn tränkte!
Ich preise Dich, Du guter Hirt,
Der in Gefahr mich sicher lenkte.”
Gdy umilkły głosy, przewodniczący dał znak aby bracia usiedli. Sam stał dalej. Ręce oparł na stole. Spojrzał na zgromadzonych. Przy stole siedzieli najzamożniejsi i najbardziej wpływowi obywatele Wolnego Miasta Gdańska.
- Nie jest dobrze Bracia – zaczął brat Rainald. — Jak wiecie przekazałem pamiętnik Anny Krause panu Reichsführer Himmlerowi, który przedwczoraj przybył do naszego miasta. Niestety — Prezbiter zawiesił na chwilę głos. — Dzisiaj rano został on ukradziony z pokoju hotelowego, gdy Pan Himmler zszedł na śniadanie.
- Co? Jak to? To niemożliwe! — wyrwało się zgromadzonym. Dwóch braci poderwało się.
– Tak to niestety prawda – kontynuował prezbiter. — Nie muszę wam bracia mówić iż, w ocenie najwyższego, honorabilis Jörga Lanza von Liebenfelsa, przekazy Anny Krause swą doniosłością znacznie przekraczają to co przekazał nam piszący sługa Boży Jacob Lorber, nie wspominając o Ulfilasie.
Zgromadzeni przytaknęli mimo, iż treść zeszytu była im znana tylko z grubsza, z tego co przekazał im brat Rainald.
- Musimy więc użyć wszelkich dostępnych nam środków aby odnaleźć pamiętnik.
– Tak! — powiedział brat Erwin. – Dowiem się od prezydenta policji Frobössa czy nie wiedzą coś na ten temat albo czy to nie czasem ich sprawka.
– Bardzo dobry pomysł – pochwalił przewodniczący. — Proszę tylko pamiętać, iż dla dobra sprawy musimy zachować daleko posuniętą dyskrecję. Jakieś pytania? — Prezbiterianin rozejrzał się po zgromadzonych — nie? A więc do dzieła bracia. Los naszego miasta jest w naszych rękach.
—
gratuluję gospodarzu powrotu do zdrowia jak oceniasz powieść gołaszewskiego Szepty Raduni szepty motławy o Szymonie i Grzegorzu Maternach, pożyczyłem sobie wczoraj z filii na Gwardii Ludowej i szczerze mówiąc jest raczej słaba można tylko mieć nadzieję, że kolejna powieść będzie lepsza.
Niestety nie czytałem