Miejsca bezludne

Planując eksplorację pałaców dawnych Prus Zachodnich, pomyślałem, że noc spędzę na plaży. No może prawie na plaży, bo wtargnięcie żółwiem w złote bałtyckie piaski skończyłoby się, jak to mówią łofrołdowcy – wtopą. Żółwik osiadł by tam po wsze czasy niczym pordzewiały wyrzucony na brzeg wrak statku.

Wieczorem obejrzeć zachód słońca, złapać bryzę we włosy. Spojrzeć w lewo, spojrzeć w prawo, pustka, brak akcji, ostatni człowiek na planecie ziemia. A potem zjeść wieczerze, siusiu, paciorek, i zasnąć będąc kołysanym szumem fal. To mi się wymarzyło. Tego potrzebowałem!

Byłem wcześniej w paru miejscach na naszym wybrzeżu. Mrowiska. Człowiek na człowieku człowiekiem pogania. Budki, sklepiki i bary z dykty, stoiska z pamiątkami, okularami, ryczące samochodziki oblegane przez równie głośno ryczące bachory, którym rodzice pożałowali dwa zeta na kilkadziesiąt sekund bujania. Woń popcornu zmieszana z zapaszkiem smażonej kiełbasy, skwierczącej na przechodzonym oleju silnikowym ryby, a wszystko złamane lekką nutą waty cukrowej. Jednym słowem koszmar. Umykałem z rykiem silnika, ludzie w lusterku machali do mnie zaciśniętymi pięściami. Przyjaźń nie malowała się na ich twarzach.

Cóż więc począć? Gdzie odnaleźć oazę spokoju? Moje miejsce bezludne? Pochyliłem się nad mapami. Oczy rozbolały. W końcu uzbrojony w wielką lupę odnalazłem maleńką dróżkę, ścieżynkę wprost, wijąca się przez las aż do samej plaży, a na jej końcu malutki niebieski znaczek „P”

Eureka! Bingo! Mam cię! – krzyknąłem wyskakując nagi, no może prawie nagi bo w czerwonej kusej piżamce, z łóżka, i wykonałem indiański taniec radości w sypialni. Czym prędzej chwyciłem laptopka, przywołałem satelitę wujka Gogla i dalejże śledzić niczym szpieg obcego mocarstwa ów znaczek P.

Droga wyboista i piaszczysta, lecz żółwiowi nie straszna, bo w tym kraju nad Wisłą, w drugiej dekadzie 21 wieku, mnóstwo takich. Moja ulica nawet jest taka. Na małej polance tuż przy plaży dostrzegłem może ze dwie budy, parę blaszanych pidełek jeździdełek, i ludzką opryszczkę kalającą biały piach, ale w normie. W sieci napisali, że tam od dawien dawna plaża nudystów jest. Oczy mi się zaświeciły niczym kotu na widok flaszki waleriany.

W piątkowe popołudnie, nasycony ruinami świata zmarnowanego, zadałem Hołkowi koordynaty. Do L (celowo nie podaje nazwy miejscowości, ale o tym za chwilę) dotarliśmy bez trudu. Hołek grzecznie się pożegnał i poszedł spać do pudełka. Chwyciłem za wydruk od Wujka Gogla.

Wjechaliśmy w las. Droga była całkiem, całkiem. Pies kiwający głowy, kiwomierz pokładowy, z aprobatą kiwał głową. Minęliśmy po lewej olbrzymie i puste pole namiotowe, droga skończyła się wielkim parkingiem. Parę aut. Dwie budy i szum niesamowicie niebieskiego morza.

Las piękny, sosnowy, pełen światła. Pachnący odchodzącym latem. Parę kroków i stałem na plaży, i mówcie sobie co chcecie ale takich plaż nie ma nigdzie na świecie. Szeroka, biała niczym śnieg, piasek drobniutki. Padłem na kolana, chwyciłem piasek w dłonie, przed ucałowaniem się powstrzymałem.

Ludzi było jak na lekarstwo, a po zmroku się zmyli. Na polu namiotowym spotkałem tylko dwie rodziny szmaciarzy (dla niewtajemniczonych – śpiący w namiotach) Byli mili. Podzielili się ze mną wodą. Szczęka mi opadła gdy dowiedziałem się, że koczują trzeci miesiąc. Zbierali się powoli do domu.

Takich miejsc jest niestety na lekarstwo. Prawdę powiedziawszy nie powinienem wam zdradzać gdzie leży owo Eldorado spokoju i ciszy. Nie popełnię błędu mojej małżonki, która odkryła kiedyś kameralne Sromowce Niżne w Pieninach i zareklamowała je całej rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Teraz nie można tam w sezonie wetknąć szpili. No więc powiem tylko, że to miejsce leży przy wyjściu na plażę numer 44, a miejscowość nieopodal zaczyna się na literkę L kończy na O.

ps. Zapraszam na więcej zdjęć z tego miejsca

12 myśli nt. „Miejsca bezludne

  1. sejko

    dokladnie wiem o jakiej plazy piszesz, choc nigdy tam jeszcze nie bylem….
    ale spoko mam do niej jakies 6500km wiec nie bede tam czesto przyjezdzal.
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  2. Becalel

    Nie uzurpuję sobie przywileju znajomości małżonki Fraglesa, ale chyba bym jej nie przeceniał z tymi Sromowcami (jak mawiał pewien stary baca z okolic Szczawnicy, Sromowce, wolę krowy). Sromowce się zapełniły, bo Szczawnica i Krościenko już się przelewały. Pamiętam, że jeszcze w połowie lat 90 Szczawnica była w sezonie zapełniona głównie ludźmi typu ‚a, my tu tak sobie przyjeżdżamy od dwudziestu pięciu lat…’, bo parcie było na Zakopane, ale przyszedł i czas na Pieniny.

    Nie wiem jak jest teraz, ale jeszcze na początku lat 2000 można było znaleźć ciszę i spokój w Niedzicy, ot tam, kawałeczek za zamkiem. Była nawet restauracja, w której serwowali świeżutkie pstrągi wyciągane z sadzawki w ogrodzie…

    I na koniec już, niczym prawdziwy Karol Strasburger, podzielę się z Państwem anegdotką. Otóż jeszcze za poprzedniego ustroju były ponoć plany połączenia Sromowców z Krościenkiem. Pomysł upadł, kiedy okazało się, że nowa miejscowość musiałaby się nazywać Sromcienko.

    [miejsce na zgniłego pomidora]

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.