Stüblau


LT-ek jęczał i podskakiwał na wybojach. Na pace było załadowane półtony jakiegoś tałatajstwa. Mężczyzna pogłaskał pokrywę silnika – dasz radę stary, tylko jeszcze ten kurs do Nowego Dworu i wracamy do domu.

Nawigacja prowadziła wyraźnie opłotkami. Mężczyzna wybierał zawsze najkrótszą drogę. Nie były to dobre drogi, ale jego blaszak był jak czołg, przejechał wszędzie. Dzięki takiemu wyborowi omijał korki, oszczędzał paliwo i czas, a to ważne gdy żyje się z tego.

Minął skręt na Suchy Dąb, i kawałek dalej na Koźliny. Przez drogę zaczęły snuć się pasma mgły. – To pewnie od Wisły, która była tu gdzieś niedaleko. – Zapalił światła przeciwmgielne. Droga była dziurawa jak ser szwajcarski. W światłach przemknął tuż przed maską zając.

Mgły z każdą chwilą było coraz więcej. Kierowca zwolnił do czterdziestu. Nagle skończył się asfalt. LT-ekiem zaczęło rzucać na kocich łbach. – To już przeginasz – mężczyzna popukał w nawigację. Zwolnił do dwudziestu.

– Ostry zakręt w le… – nawigacja przerwała w połowie, wydała pisk i umarła. Mężczyzna spojrzał zaskoczony na martwy ekranik. – Nożesz k* jego mać! Jak ja teraz drogę na tym zadupiu znajdę? – W tym momencie zamilkło radio.

Minął lekko pordzewiałą tablicę z nazwą miejscowości. Stüblau – zdążył odczytać.
– Co ja w Niemczech jestem? A może ci Żuławianie zgłupieli do reszty jak Kaszubi, i też dali swoje nazwy? – zaśmiał się nerwowo.

Ciemność rozcinały słabe światłami mijania. Po lewej i prawej stronie stały drewniane domy podcieniowe. Nie świeciła się ani jedna latarnia uliczna. Okna były ciemne.
– Co ja w jakimś skansenie jestem? – pomyślał.

Niespodziewanie zaczęło szarpać autem. Silnik zakaszlał i zgasł. Kierowca szybko spojrzał na wskaźnik paliwa. Bak był prawie pełny. Siłą rozpędu skierował je na pobocze. Zrzucił bieg. Przekręcił starter. Zero reakcji. – Jakiś kosmos – pomyślał, i wziął do ręki komórkę, lecz była równie martwa jak nawigacja. Otworzył drzwi i zeskoczył na bruk.

Wokół panowały egipskie ciemności, lepka mgła oblewała wszystko niczym mleko. Gdzieś z niedaleka dolatywało coś jakby dźwięk organów i śpiew. Szczekały psy.

Oczy mężczyzny przyzwyczaiły się do ciemności. Kilkadziesiąt metrów dalej z mgły wyłaniała się bryła kościoła. Przefiltrowane przez kolorowe witraże światło rozcinało pasma mgły. Musiała trwać msza.

Przed kościołem stał stary brodaty mężczyzna. Ubrany w szary filcowy znoszony prochowiec. W kąciku ust jarzył się papieros. Na głowie miał czapkę z daszkiem, równie sfatygowaną co okrycie. Na ramieniu wisiało coś a la stary worek marynarski. Brudny i połatany. Buty też pozostawiały wiele do życzenia. Zabłocone i zmęczone życiem.

– Abend – przywitał się przytykając palce do czapki.
– Dobry wieczór – odpowiedział mężczyzna.
– Pan Polak? Z Danzig, znaczy z Gdańska? – spytał stary.
– Z Gdańska. – przytaknął kierowca – A Pan może stąd? Wie Pan czy tu jest jakiś mechanik? Auto mi padło.
– Nie, ja wędrowiec, jak Pan. Tu na pewno nie ma mechanika, najbliżej to może
w Groß Zünder, Cedry Wielkie po waszemu. A Danzig piękne miasto, pięknie go odbudowaliście.

Mężczyzna spojrzał bacznie na starego. Tego wieczora nic go już nie było w stanie zdziwić.
– Msza? – wskazał na rozśpiewany kościół.
– Żegnają dobrego gospodarza, Eduard Wessel mu było. Dzieci miał mnóstwo. Pracowity, uczciwy, bo Mennonita, podobnie jak ci wszyscy tam – stary machnął ręką w stronę kościoła – Morzu wydarli te ziemie – dodał po chwili.

Mężczyzna milczał. Coś mu się nie zgadzało ale nie potrafił w tej chwili dojść co.

– Wasze czasy inne. Ludzie inni. Wszyscy gnają, bez opamiętania – mówił stary. – I po co? Dla pieniędzy? Zachłanność Panie, wieczna zachłanność, kłamstwa, oszustwa. Człowiek nie ma czasu dla człowieka, o szacunku i sercu nie wspominając. – Stary z dezaprobatą kręcił głową. Rzucił niedopałek i zadeptał go nogą.

– Nieźle nawalone ma w głowie – pomyślał kierowca lecz milczał nie chcą wciągać starego w dalszą rozmowę.
– Pan jedzie, w domu czekają – powiedział po chwili stary.
– Ale auto….
– Zapali, zapali – stary uśmiechnął się. – Oni zaraz skończą i wyjdą. Pana nie może tu być. Ich czas nie jest pańskim czasem. Dwa światy.

Kierowca skinął głową na pożegnanie, i poszedł w stronę LT-ka. Auto zapaliło od pierwszego kopa. Ożyła nawigacja, zagrało radio. Mężczyzna wrzucił bieg i powoli ruszył. – No mały, dawaj – machinalnie pogłaskał drążek zmiany biegów. Zawsze tak czynił gdy był zadowolony ze swojej blaszanki.

Mężczyzna przez następne dni często wspominał ten dziwny wieczór. Nie dawało mu to spokoju. W Internecie przeczytał, że Stüblau to Steblewo. Poczytał też o Mennonitach, dawnych mieszkańcach Żuław, którzy musieli porzucić swoje domy, ratując się powodzią groźniejszą niż zrodzoną przez deszcze.

Parę dni później postanowił zboczyć z trasy i odszukać wioskę. Kiedy tam dojechał był środek listopadowego dnia. Na drzewach złociły się jeszcze resztki liści. Słońce wisiało dość nisko, ale na twarzy czuć było jego ciepło. Za niecały miesiąc, półtora będzie już tylko słabą czerwoną kropką oświetlająca zasypany śniegiem świat.

Wioska za dnia wyglądała inaczej. Zwyczajnie, jak tysiące małych wiosek w Polsce. Prywatny sklep, dawniej GS, pod nim parę pordzewiałych rowerów i mężczyźni którym nie obce jest tanie wino. Parę domów z pustaków. Budka telefoniczna, z której mało kto już korzystał.

Domy podcieniowe też były, ale wyraźnie nadgryzione zębem czasu. Mocno kontrastowały z nowym asfaltem, i chodnikiem z kostki. Tablica informowała o tym, że zrobiono to za pieniądze z Unii.

I kościół. Ceglany, średniowieczny, stary, pamiętający rycerzów z czarnym krzyżem na białych płaszczach.

Mężczyzna zaniemówił. To były ruiny kościoła. Spalony podczas wojny, nie został odbudowany. Przed wejściem parę mogił. Mennonickie ozdobne stelle z częściowo zatartymi już napisami. I żelazny krzyż, a na nim tabliczka:

Eduard Wessel
7.04.1810 – 31.08.1892
Ojciec 21 dzieci.

PS. Ta powiastka krążyła mi po głowie od wiosny tego roku, kiedy zobaczyłem, zupełnie przypadkiem ruiny kościoła w Steblewie.

 

 

 

 

5 myśli nt. „Stüblau

  1. Becalel

    No i co, że historyjka ładnie i zgrabnie napisana, kiedy mnie z vaterem dwudziestu jeden kinder kojarzy się wyłącznie skecz Monty Pythona z The Meaning of Life… :>

    Odpowiedz
  2. gretchen van helsing

    do Suchego Dębu często jeżdżę… zatem sprawdzę te duchy w Steblewie… a może w Grabiny Zameczek, byłyby straszniejsze duchy

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.