Książki których nikt nie chce


Byłem ostatnio w księgarni znajdującej się w pobliskim centrum handlowym. Przy otwartych na całą szerokość drzwiach leżą nowości ze zniżką 25%. Obok nich starsze za 9.99, a parę nawet za 4,99 złotych. Jako, że księgarnia jest w głównej alejce prowadzącej na dużą halę zakupową, co chwila ktoś tędy przechodzi, zwłaszcza wieczorową porą. Starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni, dzieci. Trzymałem w ręku jakąś książkę, i patrzyłem w ich stronę.

Nikt nie odwrócił głowy w stronę świątyni słowa drukowanego, ani tym bardziej nie wszedł, a przedefilowało co najmniej kilkadziesiąt osób. Pchają wózki pełne żarcia, strawa duchowa ich nie interesuje. Oprócz mnie w księgarni była tylko jakaś starsza pani.

Ja za każdym razem gdy tam jestem, pierwsze co robię to zachodzę do księgarni, i zwykle wychodzę z niej z jedną, czasem kilkoma książkami. Bywa też tak, że przyjeżdżam tylko po to aby tutaj wstąpić.

Mam dość nietypowy system czytania. Czytam naraz około dziesięciu książek. Nie potrafię zmusić się do czytania jednej, skończenia, i zabrania się do następnej. Jestem zachłanny. Bywa tak, że mniej interesujące pozycje, kiedy kupię/dostanę coś ciekawszego, lądują w poczekalni. Czasem na rok, dwa. Cały stosik piętrzy się przy stoliku nocnym, drugi w bibliotece (widoczna na zdjęciu) ze dwie w kuchni, i parę na dole, w mojej pracowni. Ze trzy podróżują w żółwiku.

Czytanie mam wkodowane w mózg. Swoisty imperatyw. Tak było od zawsze i będzie do końca dni moich. Jak stracę oczy to nauczę się brajla. Nie wyobrażam sobie spędzania wolnego czasu na gapieniu się w telepudło. Jestem czytelniczym narkomanem. Gdy zabraknie mi narkotyku chwytam po raz drugi za przeczytane. Jest taka książka, którą czytałem z dziesięć razy. To Mercedes Benz Pawła Huelle.

Pomimo że straszliwy ze mnie technokrata, w czytelnictwie jestem tradycjonalistą. Stanowczo wolę papier. Swego czasu pożyczyłem od sąsiada e-readera i próbowałem coś przeczytać. Odpadłem bo dziesięciu minutach.

Często zadaje sobie pytanie, i nie jestem w tym odosobniony, dlaczego przytłaczająca większość Polaków nie czyta. Bo książki są za drogie? Żaden argument, jest mnóstwo wyprzedaży, można chodzić do biblioteki, pożyczyć od znajomego. Bo czasu mało? A na przyswajanie wątpliwej jakości papki sączącej się ze szklanego ekranu jest? Czytać można w wannie, na kiblu, w tramwaju, zasypiając.

O zaletach czytania nie będę pisał bo są ogólnie znane. Sparafrazuje (trudne słowo) słowa kanclerza Jana Zamojskiego: Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży czytanie. Mój syn na szczęście też trochę czyta. Jest nadzieja.

Ze smutkiem patrzę na tą księgarnie. Panie się starają, przestawiają książki, zmieniają ceny, wypychają te niechciane przed szereg. Większość z nich niestety trafi niestety na przemiał bo przyszło im się wydrukować w kraju analfabetów. Jeszcze trochę, a księgarnia, pomimo że należy do znanej sieci (nie Empik – Nie karm książkowego potwora) długo pewnie nie pociągnie. I gdzie ja będę się wtedy zaopatrywał w mój narkotyk? Pozostanie tylko diler z sieci.

 

8 myśli nt. „Książki których nikt nie chce

  1. St. Dreptak

    No nie wiem, Dreptaczęta w liczbie 5, czytają wszystkie, a nawet chodzą na wagary do księgarni. To pewnie w ramach dreptaczej patologii? Kiedyś wpadł kolega jednego z młodych – rozejrzał się i zadziwił – tyle książek, i wy to wszystko przeczytaliście? No, nie wszystko, niektórych jeszcze nie. Komentarza nie było.
    Pozdrawiam i miłej lektury życzę :)

    Odpowiedz
  2. brocha

    pamiętam jak mi wmawiana, że w USA to sami nieczytający debile mieszkają. No i poszedłem do Barnes & Noble (jeszcze przed epoką księgarń internetowych) i opadła mi szczena: z powodu ilości książek i kupujących

    Odpowiedz
  3. Hexe

    Mój mąż uwielbia e-reader – czyta zresztą namiętnie. Ja nie mogę – dostaję zeza! OStatnio zamówiłam sobie z księgarni wysyłkowej 3 tomy „Świata Dysku” – ale muszę jeszcze pozcekać. Studia i praca skutecznie ograniczają wolny czas ;)

    Odpowiedz
  4. Becalel

    Ach, ach, Fraglesi na krucjacie znowu :)

    Zamierzchły nie jestem, ale czasy przed supermarktami pamiętam. Marek Oramus opowiadał mi kiedyś jak jego książki miały po dwieście tysięcy nakładu i rozchodziło się to w dwa tygodnie. Potem pamiętam boom wczesnych lat 90, wzrost i upadek rynku komiksowego i wykładanie kolejnych bestsellerów na stolikach pomiędzy rybą, a warzywą. Oczywiście, zmieniła się czytelnicza mentalność, zmienił się diamteralnie rynek. Ale przyznam się uczciwie, że na takie zrzędzenie trochę jednak patrzę z ukosa.

    Po pierwsze, szanowny Fraggle Rocku, metodologia. Przykładasz do reszty społeczeństwa własną miarkę i masz im za złe, że wystają poza obrys. Co wydaje mi się nieco jednak niesprawiedliwym założeniem wyjściowym.

    Po drugie, równie niesprawiedliwie, bardzo połebkownie traktujesz kwestię, dlaczego ludzie nie czytają. rzucasz wyświechtanym stereotypem o telewizji, ale tyle w tym wartości poznawczej, co w urban myth. Zakłądasz, że ludzie nie czytają bo wolą papkę w tiwi, a nie bierzesz pod uwagę takiej możliwości, że na ową pakę z ekranu wielu ludzi też dziś nie ma czasu. Co prowadzi do…

    …po trzecie, wktórym mam śmiałość twierdzić, że dziś książka już nie jest w stanie zapewnić tej samej odskoczni od trudów codzienności jak dawniej. Kiedy wszędzie było szaro-buro, samo czytanie o podróżach Tomka Wilmowskiego pochłaniało bez reszty również dorosłych. Dziś o świecie wiemy prawie wszystko, często z własnego doświadczenia. Informacje i bodźce atakują nas z każdej możliwej strony, więc kiedy mamy dość, łatwiej jest wrzucić mózg ‚na luz’. Czytanie wymaga skupieia, skupienie to wysiłek, a na wyciskanie z nas wysiłku na każdym kroku jest wokół nas w dzisiejszych czasach aż nadto chętnych.

    Po czwarte, rynek. Tak jak z telewizją, w której kanałów przybywa, a treści ubywa, tak i książków jak mrówków i tylko czytać nie ma co. Za tych dawniejszych czasów książek ukazywało się mniej, więc była większa szansa, że więcej ludzi sięgnęło po ten sam tytuł, co rodziło dyskusje, szum i pęd, żeby przeczytać samemu. Gdyby Raz w roku w Skiroławkach ukazało się dzisiaj, postałoby w Empolu przez tydzień na stojaczku i tyle go widzieli.

    Po piąte, piszesz:
    ‚Nikt nie odwrócił głowy w stronę świątyni słowa drukowanego, ani tym bardziej nie wszedł, a przedefilowało co najmniej kilkadziesiąt osób. Pchają wózki pełne żarcia, strawa duchowa ich nie interesuje.’

    Coś mi gdzieś umknęło chyba, bo naprawdę nie rozumiem skąd ta pogarda dla ludzi robiących zakupy w sklepie… Czy nie po to są sklepy? Czy jak ktoś jedzie kupić jedzenie na cały tydzień, wyładuje wózek papierem toaletowym, trocinami dla swinki morskiej, zgrzewkami wody mineralnej i produktami z lodówki, które powinny być jak najszybciej przetransportowane do domu, to naprawde jego psim obowiązkiem jest obskoczyć jeszcze księgarnię? Kiedy wciąż jeszcze trzeba ugotować obiad, przypilnować dzieiciaki, żeby odrobiły pracę domową, uprasować koszulę na rano?
    Honestly…

    Po szóste, czas. Pamiętam, że były takie czasy, kiedy nowego Pratchetta zaczynałem czytać w kolejce do kasy, potem przez całą drogę do domu, potem nad talerzem, a potem odkładałem dopiero koło trzeciej, czwartej rano, jak skończyłem. A jak trzeba było odpuścić sobie przez to wykład, czy dwa… no to pies je drapał. Swoją drogą, lata uniwersyteckie to było coś. Na wydział z domu miałem tak daleko, że Zamek i Czarodziejską górę przeczytałem prawie w całości w autobusach. Dzisiaj na książki mam czas prawie wyłącznie w toalecie i w wannie, a właściwie, to miałbym, gdyby nie…

    …technologia, czyli po siódme. Fraglesi nie lubi czytników e-książek. Jego sprawa. Jak to się ma do stanu czytelnictwa??? Ja mam Kindle’a i go uwielbiam. A zanim uzbierałem na czytnik, zainstalowałem Kindle jako app na telefonie. Dzięki temu, w różnych okolicznościach, kiedy miałem choćby z pięć minut i nic do roboty, zdołałem już przeczytać The Adventures of Sherlock Holmes i jestem w połowie The Treasure Island. Kiedy na wiosnę ruszy polski Amazon mam nadzieję, że znów otworzy mi to drogę do polskich książek, które nie będą mi już zabierały cennych kilogramów w walizce. Są tysiące książek, które chciałbym przeczytać, ale tylko setki takich, które chciałbym mieć w formie pozwaljącej postawić je na półkach. Ot, kwestia wyboru, ale naprawdę nie rozumiem dlaczego Twój brak zainteresowania nagle zostaje podkreślony w tym samym poście, w którym narzekasz na upadek czytelnictwa. Jeśli już, czytniki e-książek pomagają raczej ten trend odwrócić, tymczasem Ty (może niechcący) wydajesz się wrzucać je do jednego wora z jesienną handrą na Polaków czytanie.

    Mógłbym jeszcze dłużej, ale i tak mam poczucie, że nadużywam gościnności, więc na tym skończę :)

    Odpowiedz
  5. St. Dreptak

    Oj, Fraglesi, ja rozumiem, że nie wykonujesz co tam sobie postanowiłeś, ale żebym ja TU zaglądał po próżnicy, tego już nie rozumiem. Ty weź i się popraw, napisz coś z mniejszym lub większym sensem – z doświadczenia wiem, że im mniej sensu, tym poruszenie wśród narodu większe i komentarzy też odpowiednio więcej :D
    Ducha nie gaście, co szlachetne zachowujcie, a co złe to Fraglesi :D

    Odpowiedz
  6. Taki tam ktoś

    Komentarz St Dreptaka, jest odpowiedzią na Twoje pytanie we wcześniejszym wpisie. Piszesz dla mnie, dla Dreptaka i dla wielu jeszcze innych ludzi, którzy tu zaglądają. A tu cisza jak makiem zasiał. Oj popraw się Fraglesi popraw

    Odpowiedz
  7. JJ

    Fajny i ciekawy, a przede wszystkim nastrajający pozytywnie wpis! Dobrze, że są jeszcze ludzie, tradycjonaliści, dla których książka jest rzeczą ważną i bez której nie mogą egzystować.
    Przybił mnie lekko komentarz niejakiego Beclala, który stara się wykazać analizą,wiedzą a w swoją egzegezę wplata coś takiego: Dziś o świecie wiemy prawie wszystko”- Wypadałoby zapytać! Kto wie? Ja wiem? Ty wiesz? To jest dopiero wielkie generalizowanie i brak logicznej konsekwencji, a poniekąd horrendalny stereotyp, który tak usilnie wyłuszczasz u autora tego blogu. napiszę krótko, bez hermeneutycznego napinactwa: DZISIEJSZE SPOŁECZEŃSTWO, DZISIEJSZY ŚWIAT TO ŚWIAT INFORMACJI, ALE NIE WIEDZY!!!

    Odpowiedz
  8. Becalel

    I stało się oto tak, że muszę udowadniać, iż nie jestem koniem…

    Po pierwsze, doskonale wiem, co chciałem napisać i wbrew zarzutowi, wcale nie uogólniam. Jako gówniarz, wiedzę podróżniczą (ba! wiedzę! ileż tego było zmyślone przecież…) czerpałem z książek właśnie. Dziś bliżej mi duchem do serii Michaela Palina. Że są one znane i popularne również w Polsce (i to od lat), to świadczy właśnie o tym, iż nie tylko rynek się globalizuje, ale również podawana w popularnym sosie wiedza. Stąd owszem, MY wiemy, my – zwykli zjadacze chleba. I o tym właśnie mówię. Tego, co pod koniec zeszłego roku pokazała nam BBC we Frozen Planet też próżno szukać po książkach. To są dziś nośniki, które trafiają do dziesiątków, setek milionów ludzi na całym świecie. Za to, że ktoś się woli koncentrować wyłącznie na tej przysłowiowej papce, odpowiedzialności już nie ponoszę.

    Pozdrawiam.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.