Morze, muszle, patyczki i ja

0

I oto stałem tam, ja mieszkaniec nadmorskiego miasta, który latem odwiedza plażę, tylko wtedy kiedy musi np. z gośćmi. Jeszcze parę dni temu obsiądnięta (Boże, jak to odmienić? Edytor wężykiem podkreśla) przez szarańczę z głębi kraju plaża, była po odległy horyzont pusta.

Przypięte na nieboskłonie słońce, już nie tak wysoko jak miesiąc temu, rzucało twarde światło w którym czuć już surowość zimy. Niebo już nie tak białe i przepalone jak w lipcu, lecz zbłękitniałe, podrapane silnikami stalowych ptaków. Za parę dni zapełni się zrodzonymi na północy, napęczniałymi od wody niczym gąbki chmurami.

– I tak powoli kończy się kolejne lato w moim życiu – pomyślałem.

Fascynuje mnie drewno jakie morze oddaje lądowi. Porywa je chropowate, pokryte korą, zwraca zaś nagie, gładkie, nasączone solą. Niestrudzony rzeźbiarz zaskakujący formą i skojarzeniami. Zebrałem parę, dołączę do mojej kolekcji.

Samotne obcowanie z naturą skłania mnie zawsze do refleksji, że jesteśmy jak te muszle. Pojawiamy się i już chwilę później nas nie ma. W porównaniu do bezmiaru wszechświata i czasu, nasze życie jest jak trwający miliardowe części sekundy rozbłysk spowodowany zderzającymi się elektronami.
Dlaczego? – na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Napisane we wrześniu 2013 roku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.