Czołg

Dawno, dawno temu, gdy miałem może z jedenaście lat, moja śp. babcia Emilia kupiła mi czołg. Taki na baterie i – cud techniki! – bezprzewodowego pilota. Czołg był zielony, miał gumowe gąsienice, lufę na końcu której była mała żaróweczka i antenkę. Dumny jak paw wyniosłem go do kumpli na podwórko, którzy aż posinieli z zachwytu. Był wśród nich Sławek.

Długo nie pobawiliśmy się, bo po 20 minutach bitwy pod Studziankami, kiedy to bohaterska załoga rudego miała dorwać tygrysa, czołg zdechł, a dokładniej to jego 6 baterii R-20. Na kupno nowych musiałem poczekać na przyszłe kieszonkowe.

Czterdzieści lat później czołg kupił Sławek.

Czołg Sławka jest koloru srebrny metalik, z przodu ma coś co niektórzy zwą, przepraszam za stwierdzenie, ale cytuje – „magnesem na cipki”. Czołg nie ma gąsienic ale wielkie koła, oraz rurkę zwaną snorkielem, która pozwala mu pływać pod wodą.

Skręcony z zazdrości wsiałem do kabiny. Sławek zapalił motor (ten sam co w beczce) i poczęliśmy wbijać się w dzicz kudłatą. W kabinie, jak to w czołgach, było dość głośno, a nie mieliśmy hełmofonów. Grigorij i Janek w jednym pociągał za różne wajchy, i jako że czołg był germański radośnie pokrzykiwał : Ich liebe das Auto!

Próbowaliśmy odnaleźć pewne zagubione w lesie siedlisko. Zbłądziliśmy, musieliśmy się wycofać, wrócić na drogę gminną. Skorygowaliśmy wg. mapy sztabowej marszrutę, przejechaliśmy… cztery metry polnym traktem i na pierwszej szykanie – zdradziecka błotnista kałuża – polegliśmy. Sławek szarpał czołgiem w tył i przód, przełączał wajchy, klął jak niemiecki szewc (Scheiße! Scheiße!) koniec końców, dzięki wielkiemu offrołdowemu doświadczeniu maszynę z błota wyszarpnął.

Postanowiliśmy ominąć trakt bagnisty boczkiem, jadąc po łące. Suniemy więc powolutku, poprzedza nas odziana w wodery Marusia z psem. Łąka coraz bardziej grząska, po krótkiej dyskusji postanawiamy zawrócić. Sławek dodaje gazu, silnik wyje, a czołg stoi jak stał.

Po paru szarpnięciach zapadamy się po osie. Polegliśmy tym razem na amen w pacierzu, z powodu marnych opon. Na ratunek wysyłamy Marusię, która czarem osobistym ma szansę zwabić dziesiątkę traktorzystów z pobliskiej wsi. Sami czekamy w ciepłej kabince, o dach której grzechocze deszcz.

– Zapadamy się – stwierdzam ze stoickim spokojem. – Ano – odpowiada Sławek i zaczyna snuć opowieść jak to kiedyś tonął w tojocie. – Po latach będzie tu wystawał tylko rdzewiejący dach i bielejące nasze kości – dopowiadam – ktoś może czasem położy wiązankę kwiatów, zapali świeczkę na wszystkich świętych.
Głupio rechoczemy, bo co innego możemy zrobić.

Na szczęście w ostatniej chwili, gdy woda zaczęła wlewać się już do środka, przybyła pomoc. Czołg został wyszarpnięty traktorem z bagna i mogliśmy pognać aby zobaczyć następne siedlisko, które okazało się tym miejscem przez Sławka wymarzonym, zdecydował się na zakup bez wahania.

Na koniec tej przydługiej opowieści, dodam tylko, że oglądałem to miejsce jesienią 2014 roku, było wtedy całe, niespalone, omal go nie kupiłem. W księgach przeznaczenia zapisane było jednak, że trzy lata później trafi i zostanie tu Sławek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.