Archiwa autora: fraglesi

Krótka elegia o domu który umarł

Domy opuszczone przez człowieka umierają. Pruskie domy umierają szybko, zwłaszcza gdy pomogą im w tym szabrownicy. Wystarczy, że zacznie przeciekać dach i po kilkunastu latach pozostaje po nich pagórek rozpadających się cegieł i butwiejących belek oraz desek. Ten dom jeszcze parę lat temu nadawał się do zamieszkania, ale jego nowi właściciele nie mogli, póki co w nim zamieszkać na stałe. Los rzucił ich daleko, a dom czekał w milczeniu, na ludzi, którzy ponownie wypełniliby jego wnętrze.

Czytaj dalej

Przebudzenie

Obudziłem się w połowie lutego, chyba tego dnia (16II), kiedy zima uparła się, aby przekonać mnie, jaka jest piękna, chcąc sprawić, abym ją polubił. Porozwieszała na wszystkim, co się dało miliardy diamencików. Może to i ładne było — nową Zorką pięć zrobiłem parę zdjęć — ale zimy i tak nienawidzę.

Czytaj dalej

***** *** !

13 grudnia 1981 r. to była niedziela. Pal licho teleranek, miałem już czternaście lat i mało mnie on interesował. Moją pasją było wtedy krótkofalarstwo. Dzień wcześniej skończyłem majstrować mój pierwszy poważny odbiornik nasłuchowy, który chciałem przetestować rano, na paśmie 3,5 MHz.A rano w eterze cisza.

Czytaj dalej

Petunia nie omlet

Minęło już parę lat odkąd niebiesko-czerwone świnie, pod wodzą knura Brylanta, przegoniły od koryta pomarańczową watahę knura Donka. Tego ostatniego notabene już na folwarku zwierzęcym od dawna nie było, dobrał się bowiem do znacznie większego euro koryta. Zastąpił go wieprzyk Schetek.

Czytaj dalej

O kopaniu się z koniem

O kopaniu się z koniem

Z koniem nie należy się kopać, bo koń jaki jest każdy widzi, jest silniejszy, i trzeba być niezłym kowbojem aby go okiełzać. Naparzanka kończy się w najlepszym razie zglebieniem, a w najgorszym pobytem w szpitalu, albo nawet wąchaniem kwiatków od spodu.

Czytaj dalej

Pstryczek elektryczek

“Sterczy w ścianie taki pstryczek, Mały pstryczek-elektryczek, Jak tym pstryczkiem zrobić pstryk, To się widno robi w mig.”

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i lasami, w poprzednim życiu, kiedy Wojtek był znacznie młodszy, i hmm… kapkę mniejszy, będąc lutofilem (nie ganiać do wujka Gugla, niema takiego słowa, sam je zmajstrowałem, znaczy miłośnikiem lutownicy) postanowił usmartowić swój dom.

Czytaj dalej

…oni tam gdzie stało ZOMO

Wal, mocno wal gnoja, po plerach, po nerach, wal aż będzie sie zwijaj z bólu, i nigdy więcej nie przyjdzie mu ochota wznosić ręki na jedynie słuszną władzę. A jak mu mało palnij mu gazem prosto w oczy, tak żeby mu gałki popękały. Mocno! Mocno! Mocno! Wal! Wal! A potem go do suki wrzuć, dziennikarz? No i uj! Senator? Dobra jego, wal jeszcze mocniej, poźniej się przeprosi. I żeby było mało spisze się, że nie miał maski, zerwij tak, jak mu Sanepid przyp* to się nie pozbiera do końca roku. Pieć razy sie zastanowi czy protestować. Jak on w ogóle śmie protestować, przecież Polska wstała z kolan, podniosła się z ruin. Wal! Wal! Nie przestawaj. Coś krzyczał na Pana Prezesa, masz nagranie, tak? Ha Ha! To teraz się nie wywinie, pójdzie siedzieć na dziesięć lat do obozu pracy. Już mu tam wolność z głowy wywalą. Słyszysz gnoju! Koniec waszej wolności, koniec waszej jeb* demokracji, do budy go! A ten co? Pedał jakiś chyba, zobacz jak jest ubrany, i te dredy i tęczowa chusta, chłopaki za budę go i naprawdę mocno, żeby zwijał się LGBT-owiec jeden.

Górka zarazy

Henryk, lat czterdzieści, ojciec czwórki dzieci, mieszkaniec małej wioski leżącej w północno-wschodniej Polsce, na co dzień pracuje w Niemczech. W jego okolicy nie ma pracy, jako budowlaniec zarabia całkiem nieźle na budowach w okolicach Hamburga. Do domu przyjeżdża na parę dni mniej więcej raz na miesiąc.

Niestety z powodu epidemii pracodawca Henryka postanowił wstrzymać prace. Henryk i jego sześciu kolegów wsiedli w sobotnie południe do wysłużonego Vana i pognali w stronę Polski. Kierowcy nie trzeba było popędzać, gdyby przekroczyli granicę po północy groziła im kwarantanna.

Jechało się im całkiem wesoło, szybko rozpili trzy połówki, granicę przekroczyli kwadrans przed północną. To jeszcze Henryk pamiętał, potem urwał się mu film. Siedzący koło niego kumpel Zenek, mieszkaniec Hajnówki, co chwila kaszlał. Żartowali z niego że już załapał i ma przesrane. Czesław tłumaczył że to zwykłe przeziębienie. Zenon zmarł trzy tygodnie później w szpitalu zakaźnym w Białymstoku.

W niedzielny poranek pożegnał kumpli w Lidzbarku pod dworcem, do domu powiózł go syn sąsiada, Jasiek. Po sutym powitalnym śniadaniu, poszedł odespać podróż, ale wcześniej wygonił na dwór dzieciaki.

– Ale dziecki majom siedzieć w chałupie, wirus… – zaprotestowała żona.
– Wirus sryrus – przerwał jej – niech pograjom w piłkę, ruch im dobrze zrobi. Wymęczone parodniowymi koronaferiami henrykowe latorośle pognały na wioskowe boisko, gdzie bawiła się już reszta dzieci. Jeszcze tego samego dnia malutki wirus zagościł w większości domów w rodzinnej wiosce Henryka.

We wtorek wpadł szwagier Czesław, który również pracował w rajchu. Nie zdążył przekroczyć granicy przed niedzielą i obowiązywała go kwarantanna, z której sobie nic robił. Zdążył już nawet zrobić z żoną wielkie zakupy w okolicznym miasteczku, zostawiając w nim oprócz paruset złotych, parę milionów wirusów.

We wtorkowy wieczór do Henryka i Czesława, dołączyło jeszcze paru kumpli z okolicznych wsi. Impreza trwała do wczesnego środowego ranka, kiedy to panowie posnęli w objęciach, pod stołem w salonie nowego domu Henryka.

Pod koniec tygodnia Henryk zaczął kaszleć, a potem dostał wysokiej gorączki. Żona chciała wezwać pogotowie ale jej zabronił, to grypa – wycharczał – złego diabli nie bierom! Nałykał się tabletek, które były w domu, a kiedy temperatura spadła, wsiadł w swego passata B5 Tdi (z którego był bardzo dumny) pojechał do miasteczka aby załatwić parę spraw. Odwiedził dwa urzędy, parę sklepów, zawitał na cpn, wstąpił do hurtowni budowlanej do kumpla. Wszędzie zostawił wirusowy ślad.

W sobotę rano dopadł go straszny, suchy kaszel, z trudem łapał powietrze. Dopiero jak stracił przytomność żona zdecydowała się wezwać pogotowie. Niestety przyjechało ono za późno. Henryk nie doczekał się swojej kolejki. Jedyna w okolicy karetka zwoziła do szpitala w powiatowym mieście chorych z miasteczka i okolicznych wsi, których umieszczano na korytarzach, i w namiocie polowym ustawionym przez wojsko. Szpital był wyposażony w trzy respiratory.

Na respirator nie załapał się parę dni później ojciec Henryka, a także rodzice Czesława i jego żona. Wszyscy, podobnie jak wielu innych spoczęli na cmentarzu komunalnym koło miasteczka. Wzgórze na którym malowniczo rozciągał się cmentarz nazwano po latach górką zarazy.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci, miejsc i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe. Czy taka historia może się zdarzyć? Odpowiedzi udzielcie sobie sami.