Archiwa autora: fraglesi

Dom z gadająca rurą

Jako, że zimnica coraz większa, pora zacząć sezon grzewczy. To znaczy sezon kominkowy już jakiś czas temu się zaczął, ale ociągałem się z włączeniem zielonego smoka. Powstrzymywała mnie świadomość, że żarłacz zacznie połykać worek pelletu za workiem, i do przyszłej ciepłej pory pożre wielką kupę pieniędzy. Wielką niczym kopiec kościuszki.

Czytaj dalej

Świat zmarnowany

Trafiliśmy bez trudu. Stał po środku wioski. Nieogrodzony, nie zarośnięty krzaczorami i samosiejkami. Podeszliśmy pod sam portyk. Odrapany, z odpadającym tynkiem, brudnymi ale całymi oknami, obdarty tympanonów, gzymsów, faset, pilastów i architrawów. Śmierdziało krowami z pobliskiej wielkiej obory.
 
 
Obeszliśmy go wkoło. Graszka strzelała fotki, a ja przysiadłem na starej ławeczce kontemplując otoczenie. Stare, pordzewiałe audi z urwanym tłumikiem. Połatana sznurkiem trampolina. Grill z biedry, łuszcząca się altanka. Prowizorycznie zabezpieczona dziura w ziemi. Traktorowa Kabina zarosła chwastami. Kable, kawałek rury, zdziczałe świerki, zryta ceglana ściana.

Czytaj dalej

Świąt zardzewiały

Poszedłem z trójnogim psem na spacer poranny. W nieodłącznych gumofilcach, niebieskiej kapocie i (jeszcze) krótkich gaciach. Minęliśmy starą zdziczałą gruszę na zakręcie, która powiła milion malutkich gruszek. Przystanąłem i zerwałem jedną. Cierpka, odrzuciłem. Kudeł co chwila spozierał na mnie zdziwiony, że funduję mu tak długi spacer. Poszliśmy jeszcze kawałek. Przystanąłem koło pordzewiałego pola, zrobiłem parę zdjęć moja nową zorką. Łąkowa zieleń przeszła w żelazistą ochrę.

– No dobrze wracamy – powiedziałem do psa, a ten momentalnie wrzucił bieg wsteczny. Czytaj dalej

To nie jest kraj dla starych ludzi

Pana A.R. poznałem przez mojego kolegę Tadka. Jesienią 2012 roku przyszedł do mojego biura. Chciał zamówić prostą stronę www. Trochę po pięćdziesiątce, nieco zmęczony życiem, rozgadał się się przy kawie. A że długo szukał pracy, a że już stary, to wiadomo, kryzys, kto mu da pracę. Poszedł na szkolenie dla bezrobotnych, dostał dofinansowanie i otworzył własną działalność, zakładanie żaluzji. Po to mu była strona.

Czytaj dalej

Przydługi tekst pisany wczesnym rankiem, ze śpiącą na ręku Haną, o moich rozlicznych Zorkach

Zorka odeszła przez tęczowy most do krainy wiecznych srajfonów pod wieczór. Godzinna reanimacja nie powiodła się, jej procesorowe serce nie wznowiło akcji, nawet po twardym resecie, ekran pozostał czarny jak noc. Pulsowała tylko zielono niebieska dioda, coraz słabiej i słabiej, aż zgasła. To był koniec. RiP. Owinąłem ją w czarną szyfonową szmatką i delikatnie złożyłem do pudełka, w którym parę lat temu przyjechała do mnie, piękna i młoda, a które odtąd miało stać się jej trumienką.

Czytaj dalej

Amnezja

Parę dni temu wpadł niezapowiedzianie kumpel. Nie miał jak się zapowiedzieć, bo wcięło mu kontakty w telefonie. Pogmerałem trochę próbując je odzyskać – bo rzecz jasna żadnego backupu nie miał – koniec końców srajfona zresetowaliśmy i kontakty (cud!?) wróciły.

Wczoraj przy obiedzie zadzwonił moja komórka. Chwytam, palcem smyram po ekranie, a tu pupa blada, zero reakcji. Obiad dokończyłem, herbatkę miętową (świętość) wysiorbałem, i zabrałem się za moją zorkę pięć, co to nie raz zrobiła parę fajnych zdjęć. Czytaj dalej

Smutne wesołe miasteczko

Wesołe miasteczko przybyło w czwartkowy poranek. W warkocie traktorów, w chmurze drażniących nozdrza spalin, nadciągnęło z południa, i rozsiadło się na wielkim, specjalnie na tą okazję skoszonym trawniku, przy czteropiętrowych domach z betonu, u wylotu drogi na Pieniężno.

Czytaj dalej

Rozmowy z samym sobą przy łuskaniu bobu

Dzisiaj siedzę sam na włościach. Graszka pognała z koleżanką Joanną. Mięso z wczoraj w lodówce masz, powiedziała, poradzisz sobie, zrób sobie do niego kuskus. Mięso zacne, karkówka, ale jakoś na kuskus nie miałem ochoty. Gdy zmógł mnie głód, oderwałem rzyć od pracowniczego fotela, wyłączyłem kierat cyfrowy i poczłapałem, masując obolałe długotrwałym siedzeniem plery, do warzywnika po wiecheć mięty.

Czytaj dalej