Mieszkam na końcu świata już ponad rok. Nie żałuję mojej decyzji, za żadne skarby nie wróciłbym do wielkiego miasta nad brzegiem zimnego morza. Jeśli muszę tam być, na szczęście rzadko, to gdy załatwię swoje sprawy zmykam przytłoczony wszechobecnym betonem, naporem ciżby, decybelowym smogiem.
Archiwa autora: fraglesi
Morderczynie
Morderczynie były dwie. Chuda i gruba. Gruba była cała czarna jak noc, ze złotymi oczami. Chuda była młodsza, pod skóra grały sploty mięśni. Obie szybko wspięły się na brzozę. Nasamprzód chuda próbowała łapą wyciągnąć młode przez otwór. Rozpaczliwie zagrzebały się głęboko, przyczajone, świadome śmiertelnego niebezpieczeństwa jakie im grozi. Zrozpaczeni rodzice latali w bezpiecznej odległości od morderczyń. Nie mogli nic zrobić tylko patrzeć jak wali się ich świat.
Czas dojrzewania
Lubię letnie wczesne poranki. Wstaję, robię sobie kawę, wypijam patrząc w oko monitora, próbując po raz kolejny, sam nie wiem po co, ogarnąć co dzieje się z tym światem. Patrzę na wojnę polsko polską, zresztą nie tylko naszą krajową, przez lunetę mego łącza LTE. Bity niosą ku mnie wzajemną nienawiść.
W czasie deszczu koty się nudzą.
Od rana wieje i leje. Natangijski ocean zasnuł się mokrą mgłą, zniknął horyzont, sztorm panie Bosman, dziesięć w skali Beauforta. Koty początkowo protestowały, że nie wolno im wyjść na dwór, pod tym jak zrobiły strajk okupacyjny sieni, zostały nawet wypuszczone, ale nosa nie wyściubiły poza ganek.
Czerwiec
Czerwiec dobiega końca, to był pracowity miesiąc. Poświęciliśmy go głównie na ogarnianie otoczenia domu, które po zeszłorocznym remoncie wyglądało jak poligon czołgowy. Starą dachówką z rozebranej stodoły utwardziłem podjazd, może nie wygląda to za pięknie, ale spełnia swoje zadanie.
Natangia
Rok temu z powodu remontu nie mieliśmy czasu ani ochoty aby pozwiedzać okolicę, a jest ona naprawdę przepiękna. Wiele rejonów w Polsce zwiedziłem, ale Natangia, lub jak kto woli północna Warmia, jest unikatowa.
Sztormowo
Zaniedbałem się okrutnie przez lato. Obiecywałem sobie umieszczać moje wpisy fejsbukowe również na blogu, bowiem niektórzy moi znajomi są antyfejsbukowi. A poza tym treści na FB przelatują jak pociąg pośpieszny i znikają w nicości cyfrowej. Tyle tytułem wstępu. Oto wpis z 13 czerwca:
Sztormowo
Popadało rzęsiście, a teraz fika kozły pędziwiatr. Wyszedłem z trójnogim psem na wieczorny spacer. Wysoka topola na wjeździe szarpie się z wichrem. Pagórkowate łąki (jeszcze nie koszone w tym roku) wyglądają jak rozhuśtany ocean, zielona fala goni falę. Poszatkowane przez granatowe, ciężkie chmurzyska słońce smaruje złote plamy na rozbuchanej czerwcowej zieloności.
Dni analogowe, niebieskie, czerwcowe
Zaczęło się od analogowej niedzieli. Na początku było trudno, zwłaszcza rano, przy kawie, ale dałem radę, nie włączyłem komputera. Wytrwałem do nocy, po raz pierwszy od dawien dawna cały dzień bez komputera, bez Internetu, bez FB.
EOS
Koty obudziły mnie tuż przed czwartą. Jako, że wcześnie poszedłem spać, przed dziewiątą zasnąłem nad niesamowitą książką „życie pasterza”, wyskoczyłem z łóżka niczym sprężynka. Na zewnątrz już jasno, słońce wstanie za około 40 minut. Wdziałem kaloszki, narzuciłem kapotę, chwyciłem aparat i wymknąłem się na pola.
Pan samochodzik
– Co ja robię? Zawracaj! To bez sensu! Nie stać cię na to! Popełniasz koszmarny błąd! – biadolił wczoraj mój doszczętnie umęczony umysł, kiedy tuż po dziesiątej wyruszałem w trasę.
– Cha cha cha! – rżało serce – Hip hip Hurra! Dalejże wiśta wio!
Dzień był zaciągnięty deszczem, podszyty zimnem. Gnałem trasą przez Lelkowo na Grzechotki, z rykiem silnika, ścinając zakręty aby zdążyć na dwunastą do Starogardu (161km). Ekspresówka pusta, tylko trochę Rosjan jadących na zakupy. Do Elbląga dojechałem w 53 minuty, bijąc mój rekord.
