
Kończyło się poprzednie przemówienie. Wystrzeliwane, w stronę zgromadzonych, słowa klucze grzechotały jak kule: sztandar, zewrzeć szeregi, walka, nie wolno i jeszcze raz sztandar wznieść (byle nie wynieść)

Kończyło się poprzednie przemówienie. Wystrzeliwane, w stronę zgromadzonych, słowa klucze grzechotały jak kule: sztandar, zewrzeć szeregi, walka, nie wolno i jeszcze raz sztandar wznieść (byle nie wynieść)

Mój luby, Jaro Kaczy kooper, wyhodował żmiję na łonie. Czarną żmiję. Jego pomocnik, Zbig, młody chłopak, były stajenny, porwał się na swego nauczyciela i przejął władze w Ducktown.

– Trzymaj go dobrze Czesiu! Nie może się nam wyrwać, jak ten ostatni
– Tak jest panie plutonowy, ale jeżeli wolno mi zauważyć, to nie lekarz
– Co ty Kowalski pierd* ?

Zapraszam do słuchania najnowszego odcinka podcastu Aplauz i Zaakceptowanie Jeden z nas nadawał z parku położonego poniżej central parku, reszta ferajny z Wolski.

Czuł, że znowu puchnie. Koszula zaczynała niebezpiecznie trzeszczeć w szwach. Lada moment wystrzeli pierwszy guzik.

– Rozstrzelać ich! Wszystkich! bez wyjątku! – wódz IV RP macha histerycznie skórzaną spicrutą.
Stał na tarasie pałacyku. Pałacyk znajdował się w centrum obozu pracy. Nowo zbudowane baraki ciągnęły się po sam horyzont. W dole kłębił się ciężko pracujący tłum więźniów. Praca czyni wolnym – pomyślał.

Pierwszy raz poczułam to na wycieczce w Norwegii. Szłam ścieżką z dwojgiem przyjaciół – słońce miało się ku zachodowi – nagle niebo wypełniła krwista czerwień – zatrzymałam się, czując wyczerpanie i oparłam się na barierce.