Archiwa kategorii: Nowe życie

Dom z gadająca rurą

Jako, że zimnica coraz większa, pora zacząć sezon grzewczy. To znaczy sezon kominkowy już jakiś czas temu się zaczął, ale ociągałem się z włączeniem zielonego smoka. Powstrzymywała mnie świadomość, że żarłacz zacznie połykać worek pelletu za workiem, i do przyszłej ciepłej pory pożre wielką kupę pieniędzy. Wielką niczym kopiec kościuszki.

Czytaj dalej

Świat zmarnowany

Trafiliśmy bez trudu. Stał po środku wioski. Nieogrodzony, nie zarośnięty krzaczorami i samosiejkami. Podeszliśmy pod sam portyk. Odrapany, z odpadającym tynkiem, brudnymi ale całymi oknami, obdarty tympanonów, gzymsów, faset, pilastów i architrawów. Śmierdziało krowami z pobliskiej wielkiej obory.
 
 
Obeszliśmy go wkoło. Graszka strzelała fotki, a ja przysiadłem na starej ławeczce kontemplując otoczenie. Stare, pordzewiałe audi z urwanym tłumikiem. Połatana sznurkiem trampolina. Grill z biedry, łuszcząca się altanka. Prowizorycznie zabezpieczona dziura w ziemi. Traktorowa Kabina zarosła chwastami. Kable, kawałek rury, zdziczałe świerki, zryta ceglana ściana.

Czytaj dalej

Świąt zardzewiały

Poszedłem z trójnogim psem na spacer poranny. W nieodłącznych gumofilcach, niebieskiej kapocie i (jeszcze) krótkich gaciach. Minęliśmy starą zdziczałą gruszę na zakręcie, która powiła milion malutkich gruszek. Przystanąłem i zerwałem jedną. Cierpka, odrzuciłem. Kudeł co chwila spozierał na mnie zdziwiony, że funduję mu tak długi spacer. Poszliśmy jeszcze kawałek. Przystanąłem koło pordzewiałego pola, zrobiłem parę zdjęć moja nową zorką. Łąkowa zieleń przeszła w żelazistą ochrę.

– No dobrze wracamy – powiedziałem do psa, a ten momentalnie wrzucił bieg wsteczny. Czytaj dalej

Przydługi tekst pisany wczesnym rankiem, ze śpiącą na ręku Haną, o moich rozlicznych Zorkach

Zorka odeszła przez tęczowy most do krainy wiecznych srajfonów pod wieczór. Godzinna reanimacja nie powiodła się, jej procesorowe serce nie wznowiło akcji, nawet po twardym resecie, ekran pozostał czarny jak noc. Pulsowała tylko zielono niebieska dioda, coraz słabiej i słabiej, aż zgasła. To był koniec. RiP. Owinąłem ją w czarną szyfonową szmatką i delikatnie złożyłem do pudełka, w którym parę lat temu przyjechała do mnie, piękna i młoda, a które odtąd miało stać się jej trumienką.

Czytaj dalej

Rozmowy z samym sobą przy łuskaniu bobu

Dzisiaj siedzę sam na włościach. Graszka pognała z koleżanką Joanną. Mięso z wczoraj w lodówce masz, powiedziała, poradzisz sobie, zrób sobie do niego kuskus. Mięso zacne, karkówka, ale jakoś na kuskus nie miałem ochoty. Gdy zmógł mnie głód, oderwałem rzyć od pracowniczego fotela, wyłączyłem kierat cyfrowy i poczłapałem, masując obolałe długotrwałym siedzeniem plery, do warzywnika po wiecheć mięty.

Czytaj dalej

Dojrzałość i obfitość

Przełom lipca i sierpnia, czas kiedy lato się przełamuje. Pachnie dojrzałym zbożem. Przez ostatnie dni nadmierna wilgoć przeplatała się z tropikalnym skwarem. Opasłe chmury chłostały prądem ziemię i siebie nawzajem. Do tego wszystkiego lekkie przygięcie karku do ziemi harówką w kieracie. Odwróciłem się od świata zewnętrznego, wypaliłem oczy monitorem.

Czytaj dalej

Spłaszczenie

Siedzę za moją szafą przylepiony do oka monitora. Zza uchylonych okien gra deszcz. Powinienem iść na wieczorny spacer z trójnogim psem, zanurzyć w mokrość, ale ciężko oderwać mi się od fotela. Obłażą mnie wszędobylskie i cholernie szybkie muchy. Co zabiję jedną, trzy inne pojawiają się na jej miejsce. Idzie zwariować. Cholerne bio-drony.

Czytaj dalej