
– Majkel!
– Elwis? Ty żyjesz?
– Nie, Duch Święty! Pośpiesz, że się no
Przed nami demonstracyjnie przedefilowała panna, falując rozłożystym zadem.
– Fiu fiu, dupencja pierwsza klasa – zagwizdał młody.
– Niezłe szynki – potwierdził grubszy. – I duże niebieskie oczy – westchnął lubieżnie.
Czytaj dalej

No święto dziś, nie? Leżę se więc do góry brzuchem i mam wszystko w arschlochu. Nikogo nie muszę bić. Niemcy daleko. W nocy napadało ze dwa metry białego gówna. Tylko durny by się snuł po dworze.

Ten spod piętnastki parł na przedzie. Wiadomo. Młode nogi. My wlekliśmy się w tyle. Sanie były cholernie ciężkie. Lodowata noc. Księżyc szczerzył się bezwstydnie.

Przygotowania trwały od paru dni. Pobieranie krwi, badanie USG, testy płodności. – Już najwyższa pora – powiedziała żona – pora na barabara.

Obserwowaliśmy tą planetę od dawna. Trzecia planeta od słońca, położona w peryferyjnym układzie klasy gamma. Kwitło na niej bujne życie oparte na związkach białka. Od kilkudziesięciu tysięcy lat można było mówić o inteligencji. Podkreślam: samorodnej!
Na ten dzień czekał od wielu lat. Lat wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Rzuciła go żona. Dzieci nie odzywały się. Sąsiedzi omijali z daleka. Któregoś razu jakiś życzliwy nasłał policję. Że niby gromadzi śmieci. Długo musiał się tłumaczyć.