Ahmed Gdański [02]

Latem 2016 roku Ahmed Gdański zamknął swój mały osiedlowy sklepik. Nie miał już siły wstawiać kolejnej szyby w witrynie, ani zmazywać po raz kolejny wrogich mu napisów. Zresztą mało kto teraz u niego kupował, obroty spadły dramatycznie. Ponadto połowa jego dostawców odmówiła mu sprzedaży towarów, a druga podniosła znacznie ceny i chciała tylko gotówkę.

Czytaj dalej

Ahmed gdański

Od wczoraj jakiś niepokój panuje w uliczce. Stary Ahmed dziwi się i częściej niż zwykle nakłada krótką fajkę, patrząc w okno. Takich ludzi nie widział on tu jeszcze. Dlaczego zbierają się w grupki, dlaczego dyskutują gwałtownie gestykulując, co pewien czas pokazując na jego sklepik?

Są młodzi, ogoleni na łyso, ubrani w czarne skórzane kurtki, obuci w sznurowane, ciężkie buty. Widział już kiedyś podobnych, gdy wracał kolejką z Gdańska. Wsiedli we Wrzeszczu, podpici, rozgrzani meczem z którego wracali. Czytaj dalej

Inwazja śmierci z Plutona

Zrobili błąd wysyłając sondę, to ona naprowadziła nas na nich. Pierwotnie chcieliśmy tylko naprawić nasze statki, uzupełnić paliwo i odlecieć w stronę SDK58291, gdzie miało nastąpić zgrupowanie piątej Armii Cesarskiej. Po bitwie z wojskami rebeliantów, w układzie ZXASS234 byliśmy strasznie osłabieni.

Czytaj dalej

W szkle

Było ich dwóch. Chudy w okularach, ubrany po cywilnemu, ale z koloratką, i ten spasły z podwiniętymi rękawami, rzeźnik. Mimowolnie mrużył opuchnięte oczy. Światło stojącej na biurku lampy cięło jak żyletka.

– To powiesz nam w końcu gdzie to zrobiliście? – rybie oczy okularnika spojrzały na niego zza szkieł.

Milczał.

Rzeźnik podszedł od tyłu i z całej siły (po raz kolejny) zdzielił go długą pałką po nagich plecach. Zawył z bólu. Upadł na podłogę celi, zwijając w sobie. Embrion bólu.

Czytaj dalej

Koryto

Leżeli przy korycie, nażarci, chciało by się powiedzieć jak świnie, ale przecież byli świniami, zwierzętami równiejszymi spośród innych. Głosiły o tym rozstawione po całym folwarku wielkie tablice – „Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”. Inne zachwalały 25 lat wolności (przegonienia czerwonego knura) a jeszcze inne przedstawiały dokonania – „Przez osiem lat zbudowaliśmy dla was tyle a tyle pastwisk, tyle a tyle stodół, chlewów i wodopojów!” – krzyczały wielkie, pomarańczowe napisy na niebieskim tle, okraszone logo równiejszych ponad równymi. Były też takie, które straszyły groźnymi i podstępnymi kaczkami o piórach czerwono granatowych. Czytaj dalej

V RP

Drzwi wejściowe z wielkim hukiem wpadły do środka. W kłębach pyłu (gazu?) wparowali do środka. Ośmiu. Ubrani na czarno, w maskach gazowych. Laserowe celowniki pistoletów maszynowych kreśliły w powietrzu linie, niczym na dyskotece.

– Przecież były otwarte – wydusiłem z siebie gdy wróciła mi mowa – i o co cho…..
– Cisza! Ręce na stół, z dala od klawiatury! – przerwał mi brutalnie jeden z nich. Z wymierzonym we mnie czarnym okiem pistoletu maszynowego nie wypadało dyskutować.
– Czysto! – krzyknął po chwili jeden z nich.

Czytaj dalej

Tempus fugit, aeternitas manet.

0_600

O jakże marzą się mi już owe dni czerwcowe u progu lata, kiedy budzę się po piątej, a słońce już od godziny przemierza nieboskłon, za oknem drą się ptaki, a pobliską drogą przemykają pierwsze zaspane pojazdy. Ubieram się krótkie gacie, tiszort, sandały na gołe stopy, okradam lodówkę i wskakuje do rozgrzanego już słońcem auta, którego nie chciało mi się chować na noc do garażu, bo po co, skoro taka krótka.

Czytaj dalej

Magia trwa

0

Nasamprzód trzeba było zdobyć błonę, co nie było wcale takie łatwe, musiałem obiec ładnych parę kiosków ruchu. Nie pamiętam ile kosztowała, owa 12 klatkowa błona o numerze 120, podejrzewam, że znaczną część mego 50 złotowego kieszonkowego.

To był rok 1978, miałem wtedy jedenaście lat i zapisałem się do osiedlowego kółka fotograficznego. Nauczał nas, w naszym mniemaniu, sędziwy pan fotograf. Pewnie miał lekko ponad trzydziestkę, a może czterdziestkę. Coś tam prawił o kadrowaniu, świetle i związanych z tym czasach i ekspozycji. Pokazał światłomierz i aparat, który nazwał lustrzanką, który lustra wcale nie przypominał.

Czytaj dalej

Gdzie oni są, gdzie wszyscy moi przyjaciele, lub 50 dni na pustyni.

0

Ponad pięćdziesiąt dni temu, na początku listopada, postanowiłem popełnić samobójstwo.

Spokojnie, życie mi miłe, nie zamierzam przedwcześnie odchodzić z tego łez padołu. To miało być czysto wirtualne samobójstwo w wirtualnym świecie. Jak postanowiłem tak zrobiłem. Zniknąłem z FB.  Nie zawiesiłem konta, wyłączyłem tylko czat, tak aby nikt nie widział czy jestem obecny. Nie komentowałem, nie lajkowałem, nie udostępniałem. Znikłem jak kamfora, po okresie bardzo dużej aktywności.

Dlaczego to zrobiłem?

Czytaj dalej