
Wyruszyliśmy zgodnie z planem, o szóstej rano. Na trasie warszawskiej jak zwykle wojna północ południe. Nie daliśmy się nadciągającym od strony warszawki watahom kamikadze z wiecznie włączonym migaczem i okrzykiem banzaj na ustach.

Wyruszyliśmy zgodnie z planem, o szóstej rano. Na trasie warszawskiej jak zwykle wojna północ południe. Nie daliśmy się nadciągającym od strony warszawki watahom kamikadze z wiecznie włączonym migaczem i okrzykiem banzaj na ustach.

Jeszcze tylko jeden dzień (nie, nie, nie ma pomyłki! ruszamy trzy dni wcześniej) do wyjazdu. Jedzie nas… uwaga… czterech chłopa! A może i piąty złapie nas po drodze.

Od dawna codziennie śledzę różne oferty na allegro. Zwłaszcza około rekinowe. Dzisiaj przeczytałem coś wyjątkowego. Pełen ROTFL czyli „tarzam się ze śmiechu po podłodze”. Polecam waszej uwadze zwłaszcza ostatni akapit.

Od rana była łaźnia. Słońce grzało niemiłosiernie. Grzebaliśmy w aucie z kumplem. Przytelepał się sąsiad spod piątki z piwem w ręku.
– Pochwalony. Pewnikiem czwóreczka będzie – rzucił patrząc w niebo.
– e tam, na moje oko trójeczka – rzucił gruby.

Jakiś czas temu pisałem wam o moim marzeniu czyli rajdzie dookoła Polski żółtymi drogami. Rozesłałem wici do wielu osób, i udało mi się znaleźć dwóch chętnych. Ruszamy 5 sierpnia skoro świt. Do pokonania jest ponad 2400 km w 14 dni. Pierwotnie miało być całkiem na wariata, ale doszliśmy do wniosku, że trasę zaplanować trzeba.

Wczoraj od rana było gorąco i parno. Koło czternastej pociemniało, powiało, zagrzmiało ostrzegawczo, i jak przywaliło, to aż mi szczęka opadła ze zdumienia. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
-Panie prezydencie, przepraszam, że przeszkadzam…
– Co jest Wilson?
– List przyszedł
– List? A kto jeszcze listy wysyła w epoce Internetu?
Czytaj dalej

Milczałem dwa tygodnie. Nie zalała mnie wielka woda. Nie byłem (jeszcze) na urlopie. Jakaś taka wielka niechęć do blogopisarstwa (letnie rozleniwienie?) mnie dopadła. Może to wina zalewu pracy, a może fakt, że pozostawiła mnie żona. Zabrała syna, spakowała walizkę i…

„10 lipca 2001 roku trwająca kilka godzin ulewa sparaliżowała miasto. Z brzegów wystąpił kanał Raduni, Dworzec Główny zalała woda. Choć deszcz padał zaledwie przez pięć godzin, opady równe były 1/5 rocznych opadów. Jak poinformował Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMiGW), na Gdańsk spadło niemal 130 l/m2. Podobnych opadów nie notowano w mieście od 50 lat.