Maszynka do robienia/tracenia pieniędzy

Weekend dogorywa. Popijam kawę i dumam. Odnoszę nieodparte wrażenie, że syn uruchomił w domu nielegalną drukarnię pieniędzy.

Weekend dogorywa. Popijam kawę i dumam. Odnoszę nieodparte wrażenie, że syn uruchomił w domu nielegalną drukarnię pieniędzy.

Scyzoryk w kieszeni się otwiera kiedy słucham cuchnący pisuar w temacie traktatu Lizbońskiego

Czekaliśmy na Niego odświętnie ubrani. Był piękny słoneczny dzień. Wiosna wybuchła zielenią.
- Jedzie! – krzyknęli z bramy i rzucili się otwierać.

Pamiętam biznesmenów, z początku lat 90, którzy z dumą targali pierwsze telefony komórkowe, zwane kaloryferami. Dziś spełniłem marzenie. Zamówiłem wielki telefon. Nie tak wielki jak tamte, ale dwa razy większy od poprzednika. Koniec z miniaturyzacją!

Słońce wpadło z rana do mej piwnicznej izby. Rozproszyło mroki nocy polarnej. Oczy (nie przyzwyczajone) zmrużyłem, wyciągnąłem się, mrucząc niczym niedźwiedź i stwierdziłem: pora na zmiany.

Do wschodu słońca pozostało jeszcze ze dwie godziny. Zaciągał przenikliwy wczesno-wiosenny wiatr. W dali harcowały rozkochane koty.

Dostałem list od nieznajomej kobiety. Jako, że mężczyzną w średnim wieku (balzakowskim? sic!) jestem, dreszcz poczułem. List był krótki, namiętny i brzmiał tak:
- Co się stało synku? Czemu płaczesz?
- Mamusiu, buuuuu, ja nie chcę już chodzić do przedszkola!
- Synku, nie możesz sam siedzieć w domy, gdy ja idę do pracy.
Czytaj więcej…

Od paru dni małżonka chodzi za mną. Widzę to w jej oczach.
- Kochanie, dzisiaj – zagaja słodko
- Ale – próbuję delikatnie protestować
- Nie ma ale! musisz! – robi się stanowcza – Pora już!

Jakiś czas temu, pragnąc aby młody docenił co ma, opowiedziałem mu, jak to dawniej było. Zacząłem z grubej rury.