O wyobraźni


Książka była stara. Miała twarde okładki, oprawione w czarne płótno. Na grzbiecie srebrzył się tytuł. Litery były tłoczone, można było niczym niewidomy, wodząc po nich palcem, próbować je odczytać. Była duża, znacznie większa od moich pozostałych książek. Rolls Royce wśród trabantów i syrenek.

Nie wiem skąd ją miałem. Może dał mi ją dziadek Mietek, albo któryś z wujków. Była w moim posiadaniu na pewno już w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy mieszkaliśmy w nowym mieszkaniu na ulicy Macedońskiej we Wrocławiu. Nie pamiętam jej wcześniej. Być może czekała cierpliwie na mnie, na półce rodzicielskiego regału. Ja, opanowawszy dzięki Ali i jej psu Asie (Asowi?) magię składania z liter wyrazów i zdań, zgłębiałem fascynujące przygody Tytusa, Romka i Atomka.

To był niemiecki podręcznik dla inżynierów budownictwa z początku wieku. Przyznacie, że wielce to interesująca pozycja dla dziesięcioletniego chłopaka. Lecz nie studiowałem tekstu, bo musiało minąć ponad trzydzieści lat zanim zacząłem (co prawda z bólem) rozumieć mowę Goethego, porwały mnie ilustracje. A było ich mnóstwo, i były niesamowite.

Przedstawiały głównie przekroje budowli takich jak fabryczne hale, wieże ciśnień, mosty, nabrzeża, budynki mieszkalne i drogi. Ilustratorzy z niemiecką precyzją oddali każdy najmniejszy szczegół opisywanych konstrukcji. Elegancko zakończone strzałki ze starannie wykaligrafowanymi wymiarami, uwagi i adnotacje.

Każdy użyty materiał był oznaczony w inny sposób. Ziemia to krzyżujące się kreski, beton ukośne idealnie równoległe linie, kamienie narysowane każdy z osobna, drewno podobnie do betonu ale drobniej. Nie pamiętam już jak wyglądało szkło. Większe ilustracje umieszczone były na rozkładanych wklejkach. Ostrożnie rozkładałem je, i godzinami studiowałem sekrety budowniczych.

Aż nastąpił dzień kiedy zrobiłem krok dalej. Wziąłem kartę w kratkę, kredki, ekierkę i zacząłem, początkowo nieudolnie, kopiować ilustrację z grubej książki. Jednak z każdym kolejnym stawałem się coraz dokładniejszy, wiadomo ćwiczenie czyni mistrza ;-)

Powstawało tych rysunków coraz więcej i więcej. Zapełniały się kolejne strony bloku rysunkowego, rodzice nie nadążali z dostarczaniem kredek i ołówków. Stałem się budowniczym.

Szybko porzuciłem cywilne budowle. Małych (i dużych) chłopców nic tak nie bawi jak zabawa w wojnę. Po szkole latałem z kolegami po podwórku strzelając z udających karabiny maszynowe patyków (ta ta ta zabity!) Potem odrabiałem grzecznie lekcje, i mogłem zabrać się za wznoszenie twierdz, bunkrów, zasieków i zapór czołgowych. Linia Maginota, Wilczy szaniec, umocnienia Wału Pomorskiego to był pikuś przy moich kazamatach.

Zaczynałem od narysowania poziomu ziemi. Im bardziej teren był pofalowany, górzysty, tym było ciekawiej. Nie licząc się z żadnymi ograniczeniami wgryzałem się głęboko w ziemię, drążąc tunele, pionowe szyby, podziemne magazyny wielkie jak katedra. Wszędzie mnóstwo uzbrojonego po zęby wojska, posterunki, gniazda karabinów maszynowych. Wieżyczki bunkrów z wycelowanymi w niebo karabinami.

Gdy twierdza była gotowa zaczynała się najlepsza cześć zabawy – wojna! Obce wojska atakowały z nieba, wody i ziemi. Prychały moździerze, ryczały obowiązkowo katiusze, pękały betonowe mury, wybuchały pożary, trup słał się gęsto. Zaciekle niszczyłem co wcześniej z taką pieczołowitością zbudowałem. Dlatego do dzisiaj nie zachował się żaden z tamtych rysunków, kończyły w koszu na śmieci.

W pewnym momencie przestała wystarczać jedna kartka, taśmą klejącą dokleiłem następną, i następną, powstała mega baza złożona z co najmniej dwudziestu arkuszy. Za przyzwoleniem rodziców zawisła na ścianie. W moje ślady poszedł młodszy brat, też zaczął konstruować własne fortyfikacje, ale jego były jakieś takie nieudolne.

Jak niewiele trzeba było żeby dobrze bawić się, kartka papieru, ołówek, linijka. Wszystko działo się w głowie. Fantastycznie rozwijała się wyobraźnia. Potem nauczyłem się zasad rzutowania i odwzorowania perspektywy, i zacząłem rysować w trzech wymiarach. Głównie domy ze szkła, wieżowce, nowoczesne miasta. Niewiele brakowało a zostałbym architektem, ale to zupełnie inna historia.

Na pomysł powyższego tekstu wpadłem parę dni temu patrząc jak mój syn licealista gania w jakiejś grze czołgiem, a potem siecze na lewo i prawo ołowiem niczym Rambo. Ja musiałem stworzyć wszystko we własnej głowie, jemu wirtualny świat generuje rozgrzany do czerwoności procesor. Gdzie tu miejsce na wyobraźnię?

Niestety tamta książka zaginęła podczas licznych przeprowadzek. Może trafiła w ręce innego młodego człowieka, i odmieniła jego los? A może po prostu leży gdzieś na jakimś strychu lub w piwnicy, lub już dawno zmielona żyje nowym życiem.

4 myśli nt. „O wyobraźni

  1. St. Dreptak

    Niedawno oglądałem projekt (zrealizowany) zabudowań folwarcznych. Najciekawszy był budynek mieszkalny dla robotników. Pod jednym dachem było 6 mieszkań, każde z piwniczką i poddaszem, do tego każde z osobnym wejściem, gankiem i schodkami. Bardzo to wszystko skromniusie było, ale zainteresowały mnie wymiary owych mieszkań. Otóż wszystkie miały dokładnie tyle samo – ok. 50 m kw. i składały się z sieni, komory i pomieszczenia kuchenno mieszkalnego. Hm… 50 m kw. to jakby nie mówić całkiem przeciętna powierzchnia mieszkania w bloku, do tego z gankiem i schodkami osobno dla każdego, z wyjściem do ogródka i pracą na miejscu. To ja chcę do tej biedy! :D

    Odpowiedz
  2. eulalia87

    to prawda, że dzieci dziś mają gorzej, głównie przez to, że mają lepiej.. moje bratanice są na etapie the sims 3 i nic innego nie jest fascynującą zabawką, ale kiedy zapytasz je czy potrafią wspinać się na drzewo albo jeździć na rowerze bez trzymanki wtedy no cóż, następuje konsternacja…

    Odpowiedz
  3. Becalel

    ‚Na pomysł powyższego tekstu wpadłem parę dni temu patrząc jak mój syn licealista gania w jakiejś grze czołgiem, a potem siecze na lewo i prawo ołowiem niczym Rambo.’

    Ja tam się nie wymandrzam, ale jak ja byłem mały to bawiłem się tylko tymi zabawkami, które mi rodzice kupili :P

    A tak na poważnie, to wszystko przecież sprowadza się do poczucia satysfakcji. Myśmy komputerów ani konsol nie mieli, więc czerpaliśmy radość z jazdy na rowerze i gry w pikuty. Teraz usilnie, mocą nostalgii, próbujemy rzutować nasze radości dzieciństwa/młodości na pokolenie, któe ma to w nosie, bo czerpie satysfakcję z innych bodźców. Ale, tak z ręką na sercu, gdzie jest jakiś subiektywny wzorzec tego, z czego dzieciaki POWINNY czerpać radość? Jesteśmy starsi, więc automatycznie zakładamy, że wiemy lepiej. Pamiętamy, co nam sprawiło radochę i automatycznie zakładamy, że kto nie będzie korzystał z tych samych radości, ten kiep. A tymczasem oni, gdyby im się chciało, litowaliby się nad nami i nad tym, że jak my byliśmy w ich wieku, nie mogliśmy sobie poszaleć w Gran Turismo, czy Gears of War. A skoro sprawia im to frajdę, nie ma co przybierać protekcjonalnego tonu, nie ma się co litować nad młodym pokoleniem. Ja im wręcz zazdroszczę że mają na to czas :D

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.